Reklama

100 km za 6 zł? Tak, ale trzeba się narąbać!

Do tej pory w dziedzinie alternatywnych paliw inwencją twórczą wykazywali się głównie właściciele diesli. Niezliczona ilość pojazdów wyposażonych w jednostki wysokoprężne jeździła w Polsce na oleju opałowym, następnie modny stał się rzepakowy olej spożywczy.

Zdjęcie

    / 
   

W obu przypadkach, trzeba się jednak było trochę namęczyć. W uprzywilejowanej sytuacji byli właściciele starych mercedesów z silnikami wykorzystującymi rzędową pompę wtryskową. Ponieważ smarowana była olejem silnikowym, jednostka napędowa przyjmowała wszystko, co konsystencją zbliżone było do oleju.

Właściciele nowszych konstrukcji mieli nieco trudniej. By zbyt szybko nie zatrzeć rotacyjnej pompy wtryskowej do "redbulla", jak często nazywano olej opałowy, w ściśle określonych proporcjach, należało dodać popularnego niegdyś Mixolu. Większość oszukujących fiskus kierowców chwaliło sobie jednak "różową oranżadę". Jeżdżąc na opale nie było np. problemów z uruchomieniem samochodu w zimie. Ponieważ paliwo to często przechowywane jest w zewnętrznych zbiornikach, zawiera mniej parafiny niż olej napędowy. W czasie mrozów nie występują więc problemy z zapchaniem filtra czy przewodów paliwowych.

Reklama

Jeszcze więcej problemów przysparzało przystosowanie silnika do zasilania go olejem spożywczym. W tym przypadku największą bolączką była duża gęstość tego paliwa. Gliceryna wchodząca w skład oleju nie spalała się całkowicie, co szybko powodowało problemy z układem wtryskowym.

Domorośli konstruktorzy i na to znaleźli jednak sposób. Na aukcjach internetowych szybko pojawiły się wymyślne podgrzewacze, które w zależności od ich konstrukcji, podłączane były do układu chłodzenia lub akumulatora. Paliwo, zanim trafiło do filtra i pompy wtryskowej podgrzewane było do temperatury ok. 50 stopni Celsjusza, dzięki czemu wtryskiwacze nie miały problemów z jego właściwym rozplenieniem. W przypadku starszych diesli bez systemu common rail taka przeróbka nie wpływała na żywotność silnika, jedynym skutkiem ubocznym był swąd frytek wydobywający się z rury wydechowej.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że na przegranej pozycji są właściciele samochodów z silnikami benzynowymi. Jeśli ceny paliw rosnąć będą w takim tempie jak ostatnio, niewykluczone, że najchętniej kupowanymi pojazdami staną się wkrótce pickupy. Auta z otwartą paką pozwalają bowiem poeksperymentować z technologią stosowaną na szerszą skalę w czasach II wojny światowej - tzw. holzgazem, czyli gazem drzewnym.

Technologia zasilania pojazdów tym paliwem znana była już w latach trzydziestych. Po Warszawie jeździło nawet kilka autobusów zasilanych w ten sposób. Ponieważ wartość opałowa tego paliwa jest kilkukrotnie mniejsza niż gazu ziemnego, jego przechowywanie w stanie sprężonym nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Dlatego właśnie napędzane przez to paliwo pojazdy wyposażone były we własne generatory, które wytwarzały gaz na bieżąco. Do generatora przypominającego kocioł wsypywano rozdrobnione drewno, i w wyniku pirolizy (proces rozkładu termicznego substancji w wyniku poddawania jej wysokiej temperaturze) uzyskiwano gaz.

Najwięcej zasilanych w ten sposób pojazdów jeździło w czasie II wojny światowej. Napęd taki masowo stosowano w pojazdach ciężarowych różnych armii, cenne paliwo rezerwowane było na potrzeby jednostek bojowych.

Ostatecznie technologia odeszła w zapomnienie ze względu na ograniczoną funkcjonalność. Zanim jednostka napędowa została uruchomiona konieczne było rozpalenie w generatorze ognia. Przed jazdą takim wynalazkiem trzeba się też było nieźle... narąbać. Faktem jest, że paliwo takie było jednak bardzo tanie. W początku lat czterdziestych Mercedes produkował np. model 170VG, który na przejechanie 100 km potrzebował zaledwie 15 kg drewna (auto miało 22-konny silnik o pojemności 1,7 l).

Niewykluczone, że w czasach galopujących cen paliw i pogoni za ekologicznymi technologiami holzgaz wróci do łask.

Na filmie poniżej widać, jak technologia z lat 30-tych sprawdza się w praktyce. Wg konstruktorów prezentowanego pojazdu, auto zużywa ok. 20 kg drewna na 100 km. Koszt przejechania takiego dystansu wynosi więc około 6 zł. Brawa za pomysł i wykonanie!

Paweł Rygas

Oceń swoje auto. Wystarczy wybrać markę... Kliknij TUTAJ.

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: 100 km za 6 zł? Tak, ale trzeba się narąbać!

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7152

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

DBAMY O JAKOŚĆ! WYROŻNIJ ZA 1,23 PLN

Koszt całkowity SMS 1,23 PLN Nota prawna

? O co chodzi z wyróżnieniem

Wasze komentarze: 88,

przeczytane przez: 132 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony