Audi premier Szydło nie miało AC. Niby po co miałoby mieć

Niektórzy dziwią się, dlaczego siedem lat po katastrofie smoleńskiej wciąż trwa prokuratorskie śledztwo, mające wyjaśnić przyczyny tej tragedii. Zarówno w Polsce, gdzie po zmianie władzy zostało rozpoczęte niejako od początku, jak i, przynajmniej formalnie - w Rosji. Co tu się jednak dziwić, skoro nawet przy sprawie wydawałoby się nieporównanie łatwiejszej z punktu widzenia prowadzących dochodzenie, czyli niedawnej kraksy z udziałem premier Beaty Szydło, też daleko jest do ostatecznych ustaleń.

Zdjęcie

Rozbite audi  premier Szydło /Fot. Jacek Kwiatkowski /Reporter
Rozbite audi premier Szydło
/Fot. Jacek Kwiatkowski /Reporter

Tam mieliśmy do czynienia z wypadkiem lotniczym, który pociągnął za sobą aż 96 ofiar śmiertelnych, tu - z samochodowym, w którym szczęśliwie nikt nie zginął. Tamten zdarzył się na praktycznie nieczynnym lotnisku, w niespecjalnie nam ostatnio przyjaznym kraju. Ten - w Polsce, w sporej wielkości, ruchliwym mieście. Prokuratura ma nieograniczony dostęp do wszystkich pojazdów uczestniczących w feralnym zdarzeniu i może swobodnie przesłuchiwać dowolnych świadków.

Katastrofa smoleńska od początku prowokowała wiele pytań i podejrzeń, przyczyny wypadku w Oświęcimiu wydawały się oczywiste. Oto nieostrożny, młody kierowca seicento próbował wymusić pierwszeństwo przejazdu na uprzywilejowanej kolumnie BOR i, skręcając w lewo, doprowadził do zderzenia z limuzyną pani premier, wskutek czego opancerzone audi A8 rozbiło się na drzewie a trzy osoby trafiły do szpitala. Taką wersję wydarzeń tuż po wypadku przedstawił minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak zapewniając, że kierowcy rządowych wozów dochowali wszelkich przepisów.

Reklama

Teraz okazuje się to wcale nie tak oczywiste. Nadal czeka na ostateczne rozstrzygnięcie podstawowa kwestia: czy samochody BOR miały włączoną, oprócz sygnalizacji świetlnej, także tę dźwiękową, a zatem czy w świetle prawa stanowiły kolumnę pojazdów uprzywilejowanych. Jeżeli tak, to faktycznie kierowcę seicento można uznać za sprawcę wypadku. Jeżeli nie - wina nie leży po jego stronie. Mógł zacząć skręcać, zwłaszcza  wiedząc, że ma za sobą linię ciągłą, zabraniającą na tym odcinku wyprzedzania.

Mniejsze znaczenie ma odpowiedź na drugie z pozostających na razie bez odpowiedzi pytań: z jaką prędkością poruszała tuż przed zderzeniem z drzewem  limuzyna Beaty Szydło? Czy nie większą niż 50 km/godz., jak twierdził minister Błaszczak, czy 85 km/godz., jak doniosła ostatnio "Rzeczpospolita", powołując się na  ustalenia biegłych, badających zapis z rejestratora z samochodu szefowej rządu? Jeżeli audi było w świetle prawa pojazdem uprzywilejowanym, jest to zupełnie obojętne. Jeżeli nie - przekroczenie dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym stanowiłoby jedynie dodatkową okoliczność obciążającą kierowcę pani premier.

Najnowsze doniesienia medialne zaalarmowały internautów, którzy zastanawiają się, czy przy uderzeniu w drzewo z prędkością 50 km/godz. potężne, opancerzone  audi A8 mogłoby ulec aż takiemu zniszczeniu? Ponoć jego naprawa kosztowałaby 300 tys. zł, ale nawet po jej dokonaniu auto nie wróci do służby, bowiem rozbita została m.in. klatka bezpieczeństwa wbudowana w nadwozie. Z drugiej strony, czy przy prędkości o 35 km/godz. wyższej, pasażerowie limuzyny odnieśliby tylko niegroźne w sumie obrażenia?

"Autor artykułu RZ powinien spróbować wjechać nawet opancerzoną limuzyną w drzewo z prędkością 85 km/h. Ciekawe co by z niego zostało?" - pyta "Driver".                 

"Niemiecka limuzyna - limuzyna dwóch prędkości" - ironizuje "Gość".

"Tylko głupek by uwierzył, że jechali 50 km/h, przecież wykonywali manewr wyprzedzania i musieli zwiększyć prędkość, to naturalne i nikt o to nie może mieć pretensji, i bezsensu jest sugerowanie, że kolumna jechała 50, czy tam ile. To była kolumna rządowa i ile razy widziałem takie kolumny to zawsze jechały dynamicznie i szybko, bo tak już jest" - pisze "zbb".

"Przy 50 na godzinę (...) takiemu audi by tylko zderzak pękł, wiem bo sam uderzyłem centralnie w drzewo przy około 55 km na godzinę i tylko zderzak się uszkodził" - orzeka autorytatywnie "jacekkkkkkk". A "Vico" zauważa filozoficznie: "Kogo to interesuje, jaka była prędkość"...

Jednak internautów najbardziej zbulwersowała informacja, że rozbite audi nie miało ubezpieczenia AC i jeżeli winą za wypadek w Oświęcimiu nie zostanie obciążony kierowca seicento, a zatem kosztów naprawy limuzyny nie pokryje jego polisa OC, wówczas będzie musiał je wziąć na siebie skarb państwa, czyli podatnicy.

My jakoś nie jesteśmy zdziwieni. Wczujmy się w tok myślenia urzędnika, który stoi przed koniecznością podjęcia decyzji o kupowaniu lub nie auto casco dla rządowych  pojazdów. "Kto może lepiej pilnować swoich aut niż Biuro Ochrony Rządu? Zagrożenie kradzieżą zatem wykluczamy. Szkody parkingowe dokonane przez nieznanego sprawcę? Wybita szyba? Też raczej mało prawdopodobne wykluczamy. Kolizja? Kto ośmieli się orzec, że jej sprawcą jest doskonale wyszkolony kierowca BOR? W tej sytuacji ryzyko jest minimalne, a pomyślmy tylko, ile kosztowałoby rocznie ubezpieczenie AC wozu wartego 2,5 mln zł. A przecież musielibyśmy ubezpieczyć wszystkie auta, będące w dyspozycji rządu i poszczególnych ministerstw. Gdybym wydał taką kasę, od razu ktoś zarzuciłby mi niegospodarność i szastanie publicznymi pieniędzmi. Lepiej zawierzyć szczęściu i Opatrzności..."    

(RA)

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Audi premier Szydło nie miało AC. Niby po co miałoby mieć

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 126,

przeczytane przez: 7285 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony