Clackson twierdzi, że w Polsce przepisy są za łagodne. Zgadzasz się z tą opinią?

Zaostrzanie, ograniczanie, utrudnianie, zniechęcanie, nakazywanie, zakazywanie, zwiększanie wymogów, intensyfikowanie kontroli... Tak się dzieje w całej Europie, a kolejne decyzje uderzające w wolność kierowców tłumaczy się zawsze tak samo - troską o bezpieczeństwo ruchu drogowego. W Polsce, wbrew rozpowszechnionemu wśród zmotoryzowanych przekonaniu, obserwujemy tendencję odwrotną. I co? No właśnie, i co?

Zdjęcie

W Polsce mandaty są  drogie?  No to zobacz jeden (!) mandat ze Słowacji /INTERIA.PL
W Polsce mandaty są drogie? No to zobacz jeden (!) mandat ze Słowacji
/INTERIA.PL

Wysokość mandatów, mimo systematycznego wzrostu średniej płacy krajowej i wbrew oczekiwaniom policji utrzymuje się u nas na umiarkowanym poziomie.  Z początkiem 2011 roku podniesiono, ze 130 do 140 km/godz., dopuszczalną prędkość na autostradach i ze 110 do 120 km/godz. na dwujezdniowych drogach ekspresowych. Przy okazji wprowadzono zasadę, że ci, którzy przekroczą wspomniane limity o mniej niż 10 km/godz., nie będą karani. W praktyce oznacza to, że wielu kierowców wjeżdżając na autostradę ustawia tempomat w swoim samochodzie na 149 km/godz. Wbrew obawom, że liberalizacja przepisów doprowadzi do rzezi na drogach, nic strasznego się nie stało. Owszem, wypadki się zdarzają, niekiedy bardzo spektakularne, ale zdarzałyby się również wówczas, gdybyśmy obstawili szosy znakami z liczbą 50 na białym tle i w czerwonej obwódce. Wskutek nadmiernej brawury, braku rozsądku, wyobraźni, umiejętności lub po prostu szczęścia.

Kolejnym krokiem pod prąd było odebranie strażom miejskim i gminnym prawa do posługiwania się fotoradarami. Owszem, jak alarmuje Inspekcja Transportu Drogowego aż 73 proc. kierowców przekracza dopuszczalną prędkość w miejscach, w których do końca ubiegłego roku funkcjonowały tego typu urządzenia, zabrakło jednak informacji o skutkach takiego postępowania. Liczba wypadków? Liczba ofiar? Skoro nic się na ten temat nie mówi, zatem nie jest chyba tragicznie.  Może zatem należałoby jeszcze raz przyjrzeć się sensowności obowiązywania ograniczeń prędkości, których przestrzegania wymuszały strażnicze fotoradary?

Reklama

Wiele słyszymy o konieczności uelastyczniania prawa, na przykład tego, które reguluje stosunki między pracownikami a pracodawcami. Czy rzeczone uelastycznianie, czyli zbliżanie sztywnych paragrafów do realiów i zasad logiki nie powinno dotyczyć także przepisów ruchu drogowego?

Ostatnio takie pytanie postawiła w liście do INTERIA.PL czytelniczka, która jadąc późnym wieczorem pustymi o tej porze ulicami w centrum Krakowa postanowiła skrócić sobie drogę i zlekceważyła nakaz skrętu, kierującego pojazdy, nie wyposażone w odpowiednie identyfikatory, z okolic Wawelu w Aleje Trzech Wieszczów, jedną z najbardziej zatłoczonych arterii miasta. Taka organizacja ruchu ma zniechęcać kierowców do wjeżdżania do zabytkowej części Krakowa, chronić zabytki i turystów. Kobieta została zatrzymana i ukarana przez policję. Przyznaje - złamała przepisy, ale uważa, że ponieważ działo się to krótko przed północą, więc jej czyn nie miał żadnego praktycznego znaczenia, nie spowodowała jakiegokolwiek zagrożenia, hałas i spaliny z jej auta nie zaszkodziły jakoś specjalnie wawelskim murom. Wniosek: zamiast mandatu i 5 punktów karnych wystarczyłoby pouczenie.

Wyobraźmy sobie inną sytuację - w pobliżu szkoły stoi znak, limitujący dopuszczalną prędkość do 30 km/godz. W ciągu zwykłego dnia jest jak najbardziej uzasadniony. Ale w nocy? W niedziele? Podczas ferii i wakacji? Czy nie wystarczyłoby wówczas ograniczenie do 50 km/godz., standardowe dla całego terenu zabudowanego? I co sądzić o policyjnym patrolu, który zasadza się w takim miejscu z "suszarką" właśnie wtedy, gdy nikt się tego nie spodziewa?       

Zasada elastyczności przepisów ruchu drogowego jest już zresztą stosowana - w postaci tzw. znaków o zmiennej treści, na zagranicznych autostradach. Wyświetlane na nich limity prędkości są dopasowywane do pory dnia, warunków atmosferycznych, natężenia ruchu itp. Jest piękna pogoda - jedziesz szybciej, pada - musisz zwolnić. Proste? Czy znaków o zmiennej treści nie można by stosować na większą skalę? Wiem, byłoby to trudne ze względów technicznych. Nikt nie będzie przecież zatrzymywać się przed znakiem, aby na umieszczonej pod nim tablicy czytać kogo i kiedy obowiązuje dane ograniczenie. Na pewno nie jest to jednak problem nie do rozwiązania. A lepiej przecież, jeżeli o uelastycznienie przepisów ruchu drogowego dbają ludzie odpowiedzialni za jego organizację niż czynią to na własną rękę kierowcy.

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Autor:

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Clackson twierdzi, że w Polsce przepisy są za łagodne. Zgadzasz się z tą opinią?

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 69,

przeczytane przez: 2442 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony