Fotoradary służą szykanowaniu kierowców i wyciąganiu z ich kieszeni pieniędzy?

Wydawałoby się, że trudno o lepszy interes niż fotoradar. Kupujesz sobie takie urządzonko, ustawiasz je w odpowiednim miejscu, a potem zacierasz ręce, licząc kasę napływającą z mandatów, wystawionych na podstawie natrzaskanych przez nie zdjęć.

Zdjęcie

. Naprawdę ostrożniej jeździ dopiero ten, kto zapłaci mandat, zainkasuje kilka punktów karnych i będzie obawiać się następnej wpadki /Stanisław Kowalczuk /East News
. Naprawdę ostrożniej jeździ dopiero ten, kto zapłaci mandat, zainkasuje kilka punktów karnych i będzie obawiać się następnej wpadki
/Stanisław Kowalczuk /East News

Niestety, najnowsze dane opublikowane przez Inspekcję Transportu Drogowego podważają tę optymistyczną kalkulację. Przypomina się stary dowcip, że socjalizm to taki ustrój, w którym nie opłaca się nawet wydobycie piasku na pustyni. Socjalizm się skończył, stare problemy z na pozór oczywistą rentownością pozostały...

Cytat

Mogą sobie stawiać bramownice za miliony zamiast na biednych i bezrobotnych wydać, dlatego z premedytacją i zadowoleniem będę łamać te głupie przepisy i mogą mnie pocałować

Pamiętamy, ile szumu i kpin wywołały plany Ministerstwa Finansów, zakładające, że instalowane ochoczo przy drogach fotoradary przyniosą do budżetu okrągłą sumkę 1,5 mld zł rocznie. Jak się ma to do rzeczywistości? Otóż nijak. Z informacji ITD wynika, że w 2013 r. stacjonarne urządzenia do pomiaru prędkości pojazdów owszem, nie próżnowały, bowiem wykonały aż 2,5 mln zdjęć, z których zdecydowana większość z różnych przyczyn trafiła jednak do kosza. Jedynie niespełna co dziesiąte pstryknięcie zakończyło się wystawieniem mandatu. Ogółem wypisano ich 262 tysiące na łączną kwotę 68 mln zł. A to oznacza, że jedna fotka przyniosła przychód w wysokości zaledwie 27 zł i 20 gr. Gdyby policzyć wszystkie koszty (amortyzacja i serwis urządzeń, opłaty za wysłanie 772 tys. wezwań do właścicieli sfotografowanych pojazdów, pensje pracowników Inspekcji itp.) okazałoby się, że system, który miał być kurą znoszącą złote jajka jest starym, wyliniałym kogutem. I z ekonomicznego punktu widzenia powinien zostać jak najszybciej zlikwidowany.

Reklama

Oczywiście od razu pojawią się głosy, że to nic nie szkodzi, iż fotoradary wykonały zaledwie 4,5 procent rocznego planu, narzuconego im przez resort finansów. Wręcz przeciwnie - tak słaby wynik dowodzi, że zmotoryzowani Polacy zaczęli respektować ograniczenia prędkości, co zaowocuje zmniejszeniem liczby wypadków na naszych drogach. A na tym nam przecież najbardziej zależy...

No właśnie, jaki jest właściwie cel instalowania przy drogach coraz to nowych fotoradarów? Jeśli, jak twierdzą autorzy licznych komentarzy internetowych, państwu chodzi przede wszystkim o szykanowanie kierowców i wyciąganie z ich kieszeni pieniędzy, wówczas system fotoradarów należałoby poddać głębokim zmianom. Ustawiać mierniki wyłącznie tam, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach ich się nie spodziewa, a zatem na długich, gładkich prostych z ograniczeniami prędkości do 50 km/godz. Ponadto zdecydowanie poprawić jakość zdjęć z fotoradarów oraz wprowadzić przepisy, które uniemożliwiłyby przyłapanym na wykroczeniach kierowcom miganie się od kary.

Załóżmy jednak, że fotoradary faktycznie mają służyć poprawie bezpieczeństwa na drogach. Skoro tak, to nie ma co narzekać na tzw. "efekt kangura", czyli zjawisko gwałtownego zwalniania tuż przed punktem pomiaru prędkości i natychmiastowego przyspieszania po jego minięciu. Przecież właśnie o to walczymy: aby wolniej, czyli ostrożniej jeździć w miejscach o szczególnie dużym zagrożeniu wypadkami, a zatem tam, gdzie powinny też stać fotoradary.

Marzenie Polaków: skuteczny sposób na fotoradary

​Żona znajomego Polaka, mieszkającego od wielu lat w Niemczech i mającego tamtejsze obywatelstwo, jechała zbyt szybko samochodem szosą w pobliżu Kolonii, co wyłapał fotoradar. czytaj więcej

Ludzie, odpowiedzialni za bezpieczeństwo na drogach, uważają najwyraźniej, że to jednak nie wystarcza. Kierowcy stosujący wyżej opisaną taktykę niczego się bowiem nie uczą i generalnie wcale nie stają się przezorniejsi. Naprawdę ostrożniej jeździ dopiero ten, kto zapłaci mandat, zainkasuje kilka punktów karnych i będzie obawiać się następnej wpadki. Aby wykorzystać wychowawcze oddziaływanie kar trzeba zatem zwiększyć prawdopodobieństwo ukarania. Stąd pomysł uzupełnienia systemu fotoradarów tzw. odcinkowym pomiarem prędkości. Ale i na to wypowiadający się w sieci kierowcy znaleźli już sposób.    

"A mnie to nie dotyczy, wjeżdżam na pomiar odcinkowy, jadę powyżej dozwolonej prędkości, staję sobie na kawkę z termosu i siku, a potem znowu nie patrząc na ograniczenie grzeję. Mogą sobie stawiać bramownice za miliony zamiast na biednych i bezrobotnych wydać, dlatego z premedytacją i zadowoleniem będę łamać te głupie przepisy i mogą mnie pocałować. Przed radarem zwalniam, bo wiem dokładnie gdzie stoją i zaraz po minięciu "rura". Jadąc w trasę mam dokładny spis tego badziewia, więc mam to w d..." - pisze "antyradar".          

A "rabin" prorokuje: "Ten, kto postawi knajpę pomiędzy bramownicami będzie bardzo szybko milionerem".

Jeszcze raz sprawdza się stara prawda, że Polak, jak chce, to potrafi...

 

 

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Fotoradary służą szykanowaniu kierowców i wyciąganiu z ich kieszeni pieniędzy?

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 302,

przeczytane przez: 453 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony