Jak (nie) zostać dziennikarzem motoryzacyjnym

O pracy dziennikarza motoryzacyjnego marzy wiele osób. Częste podróże i możliwość testowania najnowszych aut to kusząca propozycja.

Zdjęcie

  Trójka najlepszych autorów otrzyma... uwaga... "LEGITYMACJĘ PRASOWĄ" /poboczem.pl
  Trójka najlepszych autorów otrzyma... uwaga... "LEGITYMACJĘ PRASOWĄ"
/poboczem.pl
Fakt, fotka porsche czy lambo wrzucona "przypadkiem" na "fejsa" robi wrażenie na kolegach, ale możliwość bywania na motoryzacyjnych salonach to tylko jedna strona medalu. Drugą są setki godzin spędzonych w najróżniejszych środkach transportu oraz - przynajmniej w przypadku dziennikarzy związanych z serwisami internetowymi - praca 24 godziny na dobę. Motoryzacja nie zna bowiem stref czasowych, świąt państwowych czy wolnych niedzieli. Jeśli na świecie dzieje się coś ciekawego, trzeba jak najszybciej poinformować o tym czytelników.

Na tym jednak nie koniec. By zapewnić wam rzetelne informacje, cały czas pracować trzeba w trybie studenta medycyny podczas sesji. Każdego dnia świat samochodowych technologii wzbogaca się o nowe rozwiązania techniczne, zmieniają się przepisy. Naszym obowiązkiem jest być na bieżąco.

Reklama

Niestety, z istnienia tego drugiego świata codziennej "orki" wielu nie zdaje sobie nawet sprawy. Skuszeni blichtrem automobilowych wystaw, w pogoni za marzeniami, stają się łatwym celem dla osób, które cudzym kosztem, budować chcą swój dobrobyt...

Dla przykładu, od kilku tygodni, nasze serwisowe konto na facebooku zarzucane było reklamą serwisu o nazwie Kelban. Trudno, przez lata pracy w tej branży do nachalnego PR zdążyliśmy się już przyzwyczaić…

Sytuacja, na pewno nie byłaby warta odnotowania, gdyby nie fakt, że na profilu firmy znaleźliśmy niedawno bardzo ciekawą informację - otóż dla jego "fanów" przygotowano pewną zabawę... Na czym ma ona polegać?

Koślawą polszczyzną napisano, że przedstawiciele Kelbana szukają "znawców motoryzacji, z polotem, wyszukanym słownictwem i bogatym zasobem słów". Na wskazany adres wysyłać należy artykuły motoryzacyjne swojego autorstwa, które następnie publikowane będą na stronie firmy. W zamian za teksty oferowane są różne motoryzacyjne gadżety, a trójka najlepszych autorów otrzyma... uwaga... "LEGITYMACJĘ PRASOWĄ i związane z tym możliwe przywileje - np. uczestnictwo w imprezach moto w Europie z akredytacją Kelban".

W pierwszej reakcji trudno nam było opanować śmiech, ale musimy przyznać, że wiele młodych osób faktycznie może się na to "złapać"...

Po pierwsze, spieszymy wyjaśnić, że firma Kelban zajmuje się głównie dystrybucją opon i felg i nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem motoryzacyjnym. Nawet, jeśli jej przedstawiciele zdecydują się stworzyć tego typu serwis internetowy, trudno przypuszczać, by ktokolwiek - a zwłaszcza dyrektorzy PR poszczególnych marek - traktowali go na poważnie. Dlaczego? Na pozycję poszczególnych serwisów czy tytułów prasowych pracuje się latami. Nawet najfajniejsza, kolorowa "legitymacja prasowa" nie jest więc żadną przepustką do świata "europejskich imprez moto" czy jazd testowych. Żaden z szefów PR jakiejkolwiek z samochodowych marek nie zdecyduje się zaprosić na prezentację "dziennikarza" publikującego w serwisie, który utrzymuje się ze sprzedaży akcesoriów przeznaczonych do konkretnych typów pojazdów...

Co więcej, o tym, czy dany dziennikarz traktowany jest w branży na poważnie nie decyduje wcale błyszcząca legitymacja prasowa, ale poziom jego wiedzy i umiejętności. By je przyswoić - jak w każdym zawodzie - minąć musi sporo czasu. O poziomie serwisu, który przekłada się na zaproszenia do uczestnictwa "w imprezach moto w całej Europie" świadczy głównie "siła" jego redakcji. Na tę składają się nie tylko wiedza i umiejętności poszczególnych dziennikarzy, ale też wypracowane przez lata kontakty, które pozwalają np. szybko weryfikować najróżniejsze plotki i domysły, od jakich roi się w sieci...

Oczywiście, nikogo z was nie chcemy pozbawiać marzeń. Każdy z dziennikarzy motoryzacyjnych, na początku swej kariery zawodowej, był przecież w pewnym sensie "zielony" i zdobywał doświadczenie pod okiem starszych kolegów. By trafić do wąskiego grona wybrańców, obecnych na prezentacjach i jazdach testowych minąć musiało sporo czasu.

Marząc o dziennikarstwie motoryzacyjnym musicie być jednak tego świadomi. Jasne, że próbować warto - możecie wysyłać próbki swoich materiałów do różnych redakcji. Pamiętajcie jednak, by dobierać je z głową. W CV zdecydowanie atrakcyjniej prezentować się będzie "współpracownik" poczytnej gazety czy serwisu, niż "dziennikarz" portalu, o którym prawie nikt nie słyszał...

Nie dajcie się więc skusić szarlatanom wymachującym wam przed oczyma "legitymacjami prasowymi" serwisów, z których istnienia nie zdaje sobie nawet sprawy żaden z szefów PR poszczególnych marek. Jeśli lubicie pisać dla zabawy, możecie śmiało próbować swoich sił. Jeśli jednak liczycie, że kawałek zafoliowanego papierka otworzy wam drogę na "motoryzacyjne salony" czeka was spore rozczarowanie. (R)

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Autor:

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Jak (nie) zostać dziennikarzem motoryzacyjnym

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 12,

przeczytane przez: 265 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony