Jechać razem czy osobno?

Ruszać w drogę razem czy osobno? To pytanie zadają sobie zmotoryzowani, wybierający się samochodami na wspólny urlop z przyjaciółmi.

Zdjęcie

    /
   
/
Dla niektórych odpowiedź jest oczywista: razem, tylko razem! Inni kochają samodzielność, a konieczność trzymania się stada to dla nich dodatkowy kłopot i stres. Co zrobić, aby różnice w tej kwestii nie zepsuły nam wakacji już na ich początku?

"Wybraliśmy się ze znajomymi na narty w austriackie Alpy, dwoma samochodami - opowiada jeden z internautów. - Mieliśmy wystartować jeszcze przed świtem, aby wieczorem dotrzeć na miejsce. Niestety, okazało się, że ich córka nagle dostała gorączki i konieczna była wizyta u lekarza. Zamiast o piątej rano, ruszyliśmy dopiero około południa. Dziewczynka wciąż czuła się kiepsko i po drodze musieliśmy przenocować w hotelu w Czechach. Trudno, zdarza się. Nazajutrz stan zdrowia dziecka był już dużo lepszy. Wjechaliśmy na niemieckie autostrady. Jechałem pierwszy. W pewnej chwili straciłem auto znajomych z oczu. Telefonia komórkowa wtedy dopiero raczkowała. Kolega miał komórkę, ja jeszcze nie. Zatrzymaliśmy się zatem na pierwszym napotkanym parkingu, obserwując drogę i wypatrując auta kolegi. Bezskutecznie. Po półgodzinie ruszyliśmy zatem dalej, zaniepokojeni, że stało się coś złego. Z automatu na najbliższej stacji benzynowej, wydając jedyne parę marek, które miałem przy sobie, zatelefonowałem do naszego towarzysza podróży, pytając, co się z nim dzieje. Odpowiedział, że wszystko jest w porządku, dawno już nas wyprzedził i spotkamy się na miejscu, w hotelu w Austrii. Dojechał tam dwie godziny po nas, tłumacząc się, że zatrzymywał się po drodze, aby... podziwiać widoki. Zero skruchy, żadnych przeprosin. Nigdy nie poznałem prawdziwego powodu opóźnienia. Zresztą go nie dociekałem. Muszę jednak przyznać, że przez pierwsze dwa dni wspólnego urlopu atmosfera między nami nie była najlepsza."

Reklama

Zamiłowanie do podróżowania w konwoju to często pozostałość po zagranicznych wojażach z okresu PRL. W tamtych czasach poruszanie się w grupie, pozostającej w zasięgu wzroku, wynikało z potrzeby bezpieczeństwa. W razie nieprzewidzianych, acz wielce prawdopodobnych kłopotów: awarii samochodu, braku paliwa, zatrzymania przez policję, zawsze można było liczyć na pomoc kierowców i pasażerów z pozostałych aut. Obowiązywał podział zadań: ktoś miał dryg do mechaniki i potrafił w polowych warunkach naprawić silnik malucha, ktoś posługiwał się obcymi językami i umiał dogadać się z tubylcami, ktoś dobrze znał trasę i służył za przewodnika, ktoś wiedział jak zaradzić chorobie lokomocyjnej...

Jechało się długo, popasało często, również w celu nawiązania kontaktów handlowych z miejscową ludnością. Dojazd na miejsce wypoczynku stanowił spore wyzwanie logistyczno-organizacyjne. Był przygodą samą w sobie, ważną częścią całej eskapady. Zgranie i samowystarczalność grupy warunkowały jej powodzenie. Na indywidualną podróż samochodem poza granice ojczyzny decydowali się tylko najodważniejsi lub wyjątkowo aspołeczni.

Jazda w konwoju ma swoje zalety, ale wymaga wyrozumiałości i gotowości do kompromisów. Z oczywistych względów na czele grupy, wyznaczając tempo podróży, powinien jechać jej najsłabszy członek - najmniej pewnie czujący się kierowca lub ten, który dysponuje najwolniejszym samochodem. No i spróbujcie bez irytacji wlec się przez tysiąc kilometrów waszym volkswagenem passatem z dwulitrowym silnikiem za leciwym cinquecento young szwagra...

Dziś niemal wszyscy jeździmy "zachodnimi" samochodami, można je naprawić bez większych problemów praktycznie w każdym odwiedzanym przez turystów miejscu w Europie, zresztą psują się rzadziej niż pojazdy użytkowane przez Polaków przed rokiem 1989. Konieczność dotankowania auta za obcą walutę nie rujnuje już naszych kieszeni i nie musimy posiłkować się paliwem z kanistra kolegi. Praktycznie zniknęły granice. Znacznie lepsza niż w przeszłości jest znajomość języków obcych wśród rodaków. Każdy wozi przy sobie komórkę, zapewniającą stały kontakt ze światem. Numer alarmowy 112 zapewnia pomoc w nagłych wypadkach. Przed zabłądzeniem w trasie chroni nawigacja satelitarna. Nikt już chyba nie nastawia się na wymagającą wspólnych działań wymianę towarową z tubylcami. Zniknęły zatem obiektywne powody, skłaniające do podróżowania w konwoju.

Coraz więcej osób stara się unikać jazdy w grupie. Nie wszyscy jednak mają śmiałość na propozycję: "No to co, jedziemy razem, prawda?", odpowiedzieć: "Nie, spotkamy się na miejscu". Jak to uczynić, by nie narazić się na pretensje? "Ty na pewno pojedziesz szybciej ode mnie, a nie chcę abyś narzekał, że marudzę"... "Po drodze chciałbym zboczyć z trasy i zobaczyć parę rzeczy, które ciebie raczej nie zainteresują"... "Dzieciakom robi się w aucie niedobrze i musimy bardzo często się zatrzymywać". To tylko parę z poręcznych wymówek. A może znacie inne, lepsze?

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Jechać razem czy osobno?

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 11,

przeczytane przez: 16 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony