​Karambol kolumny Macierewicza. Udowadniamy, że wszystko było OK

Ledwie skończył się styczeń, a już mamy bardzo poważnego kandydata do tytułu Karambolu Roku. Nie z powodu liczby poszkodowanych (tylko trzech lekko rannych) ani rozbitych samochodów (zaledwie osiem), lecz ze względu na rangę przynajmniej dwóch uczestniczących w wypadku pojazdów i z uwagi na pasażera, którego wiózł jeden z nich. Mowa oczywiście o kraksie z udziałem dwóch limuzyn Żandarmerii Wojskowej i szefa resortu obrony narodowej Antoniego Macierewicza, do której doszło w Lubiczu koło Torunia na krajowej "dziesiątce". Incydent ten wywołał mnóstwo komentarzy a na głowę Bogu ducha winnego szefa MON posypały się gromy. Zupełnie bez powodu, co teraz krok po kroku udowodnimy.

Zdjęcie

Zaraz po wypadku posypały się oskarżenia, jakoby winę za niego ponosili kierowcy z kolumny eskortującej ministra Macierewicza /Paweł Skraba /Reporter
Zaraz po wypadku posypały się oskarżenia, jakoby winę za niego ponosili kierowcy z kolumny eskortującej ministra Macierewicza
/Paweł Skraba /Reporter

Kolumna z ministrem Macierewiczem jechała za szybko.

A jak niby miała jechać? Nie po to kupuje się za dużą kasę luksusowe bryki z potężnymi silnikami, nie po to zatrudnia się kierowców, którzy, jak twierdzi jedna z gazet, zdobywali doświadczenie wożąc jeszcze generałów z otoczenia samego Wojciecha Jaruzelskiego, nie po to instaluje się na dachach wozów niebieskie koguty, żeby wlec się po drogach jak ostatnie fajtłapy. Pan minister jechał do Torunia, by wygłosić wykład w tamtejszej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Ponoć, tu znowu opieramy się na doniesieniach medialnych, jej gospodarz, ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk, chętnym do osobistego wysłuchania wywodów co znaczniejszych gości, sprzedaje bilety. W przypadku min. Antoniego Macierewicza - po 60 zł od głowy. To bardzo ładnie, że prelegent nie chciał zawieść swoich słuchaczy i zrobił wszystko, by nie spóźnić się na spotkanie. Przy okazji wykazał się cnotą skromności, gdy, podziwiany za pokonanie trasy Warszawa - Toruń w czasie nieporównanie krótszym od osiąganych przez zwykłych śmiertelników, stwierdził że to nie jego zasługa, lecz kierowcy, "pana Kazimierza".

Reklama

Min. Macierewicz zarówno do WSKSiM, jak i z powrotem, na uroczystość wręczenia prezesowi PiS, Jarosławowi Kaczyńskiemu, nagrody Człowieka Wolności, jechał prywatnie, co nie daje mu żadnego prawa do łamania przepisów ruchu drogowego.

Nieprawda. Minister obrony czuwa nad bezpieczeństwem kraju 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. W każdej chwili i każdym miejscu. To chyba logiczne, że w tej sytuacji wszystkie jego podróże są podróżami służbowymi.

Sprawcą karambolu był kierowca min. Macierewicza.

Fałsz. Pan minister wyjaśnił przecież, że najpierw w tył jego samochodu uderzyło auto jadące za nim. Dlaczego szef MON przemilczał fakt, że był to inny pojazd z tej samej ministerialnej kolumny? Po prostu nie chciał wdawać się w szczegóły, zaciemniające obraz całości. Jak to działa, wyjaśniała kiedyś w pamiętnym skeczu artystka Krystyna Sienkiewicz. "Jadę, jadę, patrzę - korek. Hamować, nie hamować, myślę... Za długo myślałam. A ten stuknięty to mówi, że to moja wina. Jaka to moja wina, kiedy to on stanął przede mną. Nawet gliniarz powiedział, że jak on by nie stanął, to ja bym jechała dalej. A tak stanęłam na nim, na tym stukniętym. A niby gdzie ja miałam stanąć? A ten z tyłu to mnie nie puknął. Bo gdyby on mnie puknął, to byłaby jego wina. Bo taki jest przepis. Ja wychodzę, patrzę, nie puknął. Za mną stuknięty, bo mnie nie puknął, a przede mną puknięty bo go stuknęłam. Ja naprawdę potrafię prowadzić samochód, ja miałam instruktora."

Minister Macierewicz nie zainteresował się losem uczestniczących w karambolu kierowców i pasażerów cywilnych aut. Jak powiedział jeden z pytanych dziennikarzy świadków zdarzenia: "po wypadku wysiadł z samochodu, skulił się dla niepoznaki pod czapeczką i odszedł na bok". A potem wsiadł do innego wozu i odjechał do stolicy.

A co niby miał zrobić? Wyobraźcie sobie, że ni stąd ni zowąd pakuje się w was ogromne, czarne BMW serii "7". Jesteście w szoku, serce bije jak oszalałe, adrenalina buzuje w organizmie, a tu nagle ktoś puka w boczną szybę. Otwieracie ją i dostrzegacie uśmiechnięte, lecz jednocześnie pełne troski oblicze ministra obrony. Przecież taki nieoczekiwany widok może zabić, niezależnie od poglądów politycznych patrzącego. Poza tym, jak słusznie zauważył prof. Andrzeja Zybertowicz, doradca prezydenta Andrzeja Dudy, karambol mógł być wstępem do zamachu. W tej sytuacji skulenie się dla niepoznaki pod czapeczką stanowiło przejaw profesjonalizmu i przytomności umysłu szefa MON, a jego natychmiastowa ewakuacja z miejsca zdarzenia była oczywistą koniecznością.

Kierownictwo MON pławi się w luksusach. Kupiło dla siebie, bez przetargu, za 35 mln zł, 37 superfur, którymi teraz rozbija się po Polsce. Niekiedy dosłownie rozbija.

Oj tam, oj tam. Po pierwsze nie dla siebie, lecz dla uczestników lipcowego szczytu NATO w Warszawie, w celu zapewnienia szacownym sojusznikom godnego środka transportu. Zagraniczni ważniacy po paru dniach wyjechali, auta zostały w kraju, więc co? Miałyby rdzewieć w garażach? Po drugie, nie za 35 milionów, lecz, wedle informacji ministerstwa, za jedyne 13,2 mln zł. Wypada niespełna 360 tysięcy na samochód. Czy naprawdę jest o co się handryczyć?      

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Autor:

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: ​Karambol kolumny Macierewicza. Udowadniamy, że wszystko było OK

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 479,

przeczytane przez: 23 234 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony