Magiczne sto kilometrów na godzinę

Większość naszych czytelników miała to szczęście, że rozpoczynała swoją motoryzacyjną karierę stosunkowo niedawno. Za kierownicą corsy, uno lub yarisa. Inni, którzy pamiętają jeszcze budowanie jedynie słusznej, socjalistycznej, ojczyzny zdobywali pierwsze szlify na maluchach, dużych fiatach lub nawet warszawach.

Zdjęcie

  Prowadzenie samochodu wymagało zdecydowanie więcej wprawy
Prowadzenie samochodu wymagało wówczas zdecydowanie więcej wprawy, niż dzisiaj...

Przypomnijmy - pierwsze warszawy pojawiły się na naszych drogach w 1951 roku. Kolejny kamień milowy w historii polskiej motoryzacji - duży fiat - zadebiutował w 1967 roku. Ten ostatni był prawdziwą techniczną rewolucją. Chociaż Włosi sprzedali nam nadwozie nowego modelu oparte na podzespołach fiata 1300, który w latach sześćdziesiątych uchodził już za przestarzały, w oczach przeciętnego Polaka był to niewyobrażalny skok technologiczny. Auto rozpędzało się do zawrotnych prędkości (podróżna wynosiła nawet 130 km/h), ale - co ważniejsze - zatrzymywało się szybciej, niż cokolwiek, co poruszało się wówczas po naszych drogach. Nie przez przypadek kierowcy pierwszych "kancików" naklejali na klapach bagażnika plakietki z napisem "uwaga - hamulce tarczowe". Standardowym wypadkiem lat siedemdziesiątych z udziałem fiata 125p było najechanie na jego tył, przez samochód, który nie był w stanie wyhamować.

Reklama

A z hamowaniem nie było wcale tak łatwo. W latach siedemdziesiątych za bezpieczną odległość przy prędkości 60 km/h uważano około 60 metrów. Tyle właśnie potrzebowała syrena, warszawa czy wartburg 1000, by bezpiecznie się zatrzymać. Przy prędkości 100 km/h kierowca potrzebował od 80 do 100 metrów. Nie przez przypadek użyliśmy słów "bezpieczne zatrzymanie". W czasach gdy większość pojazdów nie dysponowała wspomaganiem hamulców - działanie tych ostatnich zawsze było pewną niewiadomą. Znalezienie auta, w których wszystkie koła brałyby równo było w zasadzie niemożliwe, kierowca musiał przewidzieć to, że samochód może zachować się zupełnie nieprzewidywalnie.

Większość samochodów z trudem osiągała wówczas magiczną granicę 100 km/h. Nawet wzór nowoczesności - wprowadzony w Polsce w 1973 roku - fiat 126p wg. danych fabrycznych osiągał maksymalnie 105 km/h. Warto też wspomnieć, że na drogach, mimo dużo mniejszego, niż obecnie ruchu, wcale nie było bezpieczniej. Nieoświetlone furmanki, "szaleńcy" na junakach i SHLkach, katastrofalny stan nawierzchni (w tej kwestii akurat niewiele się zmieniło) i ułomność techniczna pojazdów sprawiały, że podróż samochodem była dużym ryzykiem. Wypadki - nawet, jeśli było ich mniej niż obecnie, zdecydowanie częściej kończyły się tragicznie. W latach siedemdziesiątych szczytem techniki były pasy bezpieczeństwa, mało które auto miało wspomaganie hamulców, czy tzw. "bezpieczną" kolumnę kierownicy, która łamała się w momencie zderzenia zmniejszając ryzyko obrażeń u kierowcy.

Zdjęcie

  Wypadki  zdecydowanie częściej kończyły się tragicznie
  Wypadki zdecydowanie częściej kończyły się tragicznie
Nie sposób nie zauważyć, że w ciągu ostatnich 30 lat technika poczyniła niewyobrażalny postęp. Do wyposażenia standardowego samochodów weszły poduszki powietrzne, napinacze pasów bezpieczeństwa, systemy wspomagania hamowania czy kontroli trakcji. Znaczne postępy poczyniono również w dziedzinie układów hamulcowych, ogumienia czy technologii budowy dróg. Dzisiaj, na zatrzymanie się do zera z prędkości 100 km/h przeciętny samochód potrzebuje około 40 metrów, czyli przeszło dwa razy mniej, niż pojazdy, które przemierzały drogi trzydzieści lat temu.

Mimo tego w jednej dziedzinie nie poczyniono żadnych postępów. Ba, można nawet zaryzykować twierdzenie, że zaczęliśmy się cofać. O czym mowa? Oczywiście, o przepisach. Gwoli przypomnienia - w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w terenie zabudowanym obowiązywało ograniczenie prędkości do 50 km/h. Poza obszarem zabudowanym samochody mogły przemieszczać się z prędkością nawet 90 km/h, co dla większości z nich było granicą możliwości! Ustawiane przed zakrętami ograniczenia prędkości do 60 km/h czy 40 km/h nie były wcale pobożnym życzeniem drogowców. Przejechanie ciasnego zakrętu wartburgiem czy syreną z większą prędkością w najlepszym razie skończyłoby się w rowie! Pamiętajmy, że zawieszenia bardziej przypominały wówczas konne bryczki, a dopuszczalny luz na kierownicy wynosił niemal pół obrotu!

Przejechanie współczesnym samochodem zakrętu z prędkością 90 km/h to przysłowiowa "bułka z masłem". Jeszcze trzydzieści lat temu, by tego dokonać potrzebne były zimna krew i umiejętności kierowcy rajdowego. Podobnie jest również z awaryjnym hamowaniem. Niegdyś trzeba było zaprzeć się obiema nogami na hamulcu i liczyć na to, że wszystkie koła "złapią" równo i samochód nie wpadnie w poślizg. Taki manewr w środku zakrętu był podpisaniem na siebie wyroku śmierci. Obecnie za kierowcę myślą zaawansowane systemy elektroniczne, ABS pozwala na ominięcie przeszkody, kontrola trakcji czuwa, by auto nie wypadło z zadanego toru jazdy. Oczywiście, żadna elektronika nie zastąpi nigdy zdrowego rozsądku, ale granice bezpieczeństwa przesunęła się o lata świetlne.

Dlaczego wraz z nimi nie zmieniły się ograniczenia prędkości? Cóż, policjanci i "eksperci od bezpieczeństwa ruchu drogowego" wymieniają różne argumenty, głównie ten, że "prędkość zabija". Nie jest to do końca prawda, wielokrotne badania i eksperymenty wykazały, że nie istnieje bezpośrednia zależność między dopuszczalną prędkością a liczbą wypadków. Dla przykładu, w amerykańskim stanie Utah - w ramach eksperymentu - podniesiono ostatnio dopuszczalną prędkość na autostradach z 75 do 80 mil/h. Czy zwiększyła się ilość wypadków? W żadnym razie. Naukowcy dowiedli, że średnia prędkość pojazdów wynosiła 83-85 mil/h, czyli tyle samo, ile przed podniesieniem limitu. Poza tym, że nie zanotowano większej liczby kraks, jedynym zauważalną zmianą była zdecydowanie mniejsza liczba mandatów...

Nawet pobieżna analiza sytuacji w Polsce pozwala stwierdzić, że najmniej wypadków zdarza się na drogach, na których limity prędkości są największe! Najmniejsze ryzyko śmierci (bardzo małe i małe) dotyczy autostrad: A2 (Zgierz-Poznań) oraz A1 (Grudziądz-Gdańsk). Całkiem bezpiecznie (ryzyko małe i średnie) jest też na autostradzie A4 (Kraków-Bolesławiec), mimo że mało który pojazd porusza się po tych drogach z przepisową prędkością 130 km/h.

Głównym problemem nie jest bowiem przekraczanie przez kierowców ustalonych 30 lat temu ograniczeń prędkości, ale fatalny stan nawierzchni większości dróg krajowych, błędne oznakowanie i chybione rozwiązania inżynieryjne samych dróg. To, że kierowcy notorycznie łamią ograniczenia prędkości nie jest przypadkiem. Obecne zdewaluowały się dobre 20 lat temu, kretyńskie ustawianie kolejnych sprawiło, że większość kierujących po prostu przestało traktować je serio.

Na podniesienie dopuszczalnych limitów nie mamy jednak co liczyć. Przez lata wmawiano nam przecież, że największym wrogiem bezpieczeństwa jest prędkość. Dostosowanie ograniczeń do możliwości współczesnych samochodów może przecież zabić. Kilku ludzi i kilkaset gminnych budżetów.

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Magiczne sto kilometrów na godzinę

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 31,

przeczytane przez: 46 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony