Masz takie auto? W oczach kobiet jesteś nikim!

Gdy tylko, ładnych "naście" lat temu, zdobyłem wreszcie upragnione prawo jazdy, niemal natychmiast stałem się właścicielem pojazdu zwanego dumnie (najprawdopodobniej od trunku, pod wpływem którego go projektowano) Polonezem.

Zdjęcie

Jazda Tico w dzisiejszych czasach to duże wyzwanie /poboczem.pl
Jazda Tico w dzisiejszych czasach to duże wyzwanie
/poboczem.pl

Od tego czasu przez mój prywatny park maszyn przewinęło się raczej kilkadziesiąt niż kilka samochodów. Miałem już auta stare i młode, szybkie i wolne, benzynowe i wysokoprężne, francuskie, włoskie, niemieckie, japońskie, szwedzkie, itd., itp... Ostatnio uświadomiłem sobie jednak, że nigdy nie byłem posiadaczem typowego dla polskiego rynku "samochodu rodzinnego" pokroju Malucha czy Fiata Cinquecento. Nie, żebym pałał do nich jakimś szczególnym obrzydzeniem. Przygoda z Polonezem sprawiła zwyczajnie, że w mniejszych samochodach czułem się nieswojo.

W ostatnim czasie, dziwnym zrządzeniem losu, stałem się jednak właścicielem pojazdu, który - jeszcze do niedawna - kształtował krajobraz polskich dróg - poczciwego Daewoo Tico. Już pierwsze 20 km pokonanych za jego kierownicą wystarczyłoby mi na doktorat z socjologii. Takiej dawki agresji, chamstwa i pogardy, jaką obdarzyli mnie w tym czasie inni uczestnicy ruchu, nie zaznałem jeszcze nigdy.

Reklama

Na pierwszą salwę z klaksonu nie czekałem nawet pięciu minut. Cios wymierzyła mi damulka z Fiata Punto, przed którą - po prostu - ośmieliłem się wjechać. Zrobiłem to dokładnie w taki sam sposób, jak tysiące razy wcześniej, upewniając się, że nie zmuszę jej do nagłego hamowania. Mimo tego, na najbliższych światłach dojechała do mnie na odległość, z której - patrząc w lusterko - mogłem policzyć wszystkie jej zmarszczki i - profilaktycznie - wymierzyła kilka kolejnych batów "długimi". Pomyślałem wówczas, że trafiłem po prostu na furiatkę i - sięgając do najgłębszych pokładów empatii - powstrzymałem się od opuszczenia pojazdu celem nawiązania bezpośredniej konwersacji...

Szybko okazało się, że nie był to wcale przypadek. Niekontrolowany wybuch śmiechu wywołała u mnie kolejna przedstawicielka płci pięknej, która - nieopatrznie - uraczyła mnie sympatycznym uśmiechem. Gdy tylko, po chwili, zorientowała się w czym siedzę, uniosła nos na wysokość balkonów czwartego piętra i - z pogardą w oczach - odwróciła głowę. Cóż, niech no zobaczę jeszcze jakieś ckliwe memy o miłości i tym, że liczy się wnętrze...

Śmiejąc się głośno założyłem, że - gdy już opuszczę miasto - będzie tylko lepiej. Z takim przekonaniem wjechałem na drogę krajową numer 3. Dopiero tutaj rozpętało się piekło. W obszarze zabudowanym mierzyłem się jedynie z furiatkami i pogardą. Tutaj - całkiem dosłownie - musiałem walczyć o życie. Szybko pojąłem, że siedząc w Tico staje się niewidzialny, tworząc na drodze mobilny obszar, w który każdy kierowca, w dowolnym dla siebie momencie, może chcieć wjechać. Amerykanie niepotrzebnie wydawali miliardy dolarów na F-22. Wystarczyło doczepić skrzydła do produkowanych na Żeraniu samochodów, a ich siły powietrzne byłyby niewykrywalne nie tylko dla radarów!

Wyprzedzanie na "czołówkę" szybko przestało robić na mnie wrażenie. No dobrze - robiło ale tylko do czasu, gdy pewna pani za kierownicą Laguny II, widząc że jadę z przeciwka, postanowiła wyprzedzić - wyprzedzające się właśnie - dwie ciężarówki... Cóż, dzięki niej odkryłem, że małe Daewoo idealnie mieści się na - odznaczonym ciągłą - poboczu "krajówki".

Po kilku kilometrach, gdy sytuacja trochę się uspokoiła a ruch zelżał, dojechałem do ciągnącego się siedemdziesiątką Audi A4. Nie czekając długo włączyłem kierunkowskaz i rozpocząłem wyprzedzanie. Dziwnym trafem, gdy tylko zrównałem się z kierowcą, samochód nagle wyrwał do przodu. Wiem, wiem, koleś na pewno mnie nie widział.

Na tym jednak moja przygoda się nie skończyła. Gdy ponownie wjechałem w teren zabudowany w odległości circa 50 m od przejścia dla pieszych (ze światłami!) zobaczyłem garstkę wyrostków, którzy ewidentnie szykowali się do przejścia na drugą stronę. Największy z nich - bezczelnie śmiejąc mi się w twarz - przed maską auta zamarkował chęć przejścia udając, że wbiega na drogę.

Nie ukrywam, że jak na niespełna 20-kilometrową przejażdżkę, nawet dla mnie było to zbyt wiele. Pierwszy raz w życiu, "zagotowałem opony", wyszedłem z auta i korzystając z słownictwa, którego zasób mocno mnie zaskoczył, starałem się przetłumaczyć śmiejącemu się pod nosem gówniarzowi, co mu groziło i jakie są prawne konsekwencje "wtargnięcia na drogę". W odpowiedzi od pryszczatego wyrostka z mlekiem matki pod nosem usłyszałem tylko, że "gdybym dostał mandat to bym go sobie zapłacił. Stać mnie!".

Epilog? Nie uderzyłem. Nie zabiłem. Zakląłem. Odjechałem. Chwilę później siedziałem już w domu i sącząc herbatę, zastanawiałem się, "gdzie byli rodzice". Doszedłem do wniosku, że na pewno musieli jechać wspomnianym Punto, Laguną 2 albo A4.

Paweł Rygas

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Masz takie auto? W oczach kobiet jesteś nikim!

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 604,

przeczytane przez: 22 083 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony