Meble, elektronika, samochody. To wszystko badziewie!

Pewnego jesiennego wieczora całkiem ponętna w swej aparycji brunetka, zupełnie dosłownie, poleciała na moją leciwą klasę S. Pani uczyniła to za pomocą Opla Astry II, którym - wyjeżdżając z ulicy podporządkowanej - odbiła się od prawego boku mojego auta, spychając je jednocześnie na słup sygnalizacji świetlnej.

Zdjęcie

Odbudowa wiekowego Mercedesa /poboczem.pl
Odbudowa wiekowego Mercedesa
/poboczem.pl

Astra - w huku wybuchów poduszek powietrznych - ratując właścicielkę, poległa bohaterską śmiercią na miejscu. "Pancerny" W140, chociaż o własnych siłach wjechał na lawetę - przynajmniej w ocenie ubezpieczyciela - również nadawał się już tylko na złom. Koszty naprawy, co nie powinno raczej nikogo dziwić, nie były małe. Nie znalazłem jednak żadnych racjonalnych powodów, by nie zdecydować się na odbudowę auta.

Samemu tylko lakiernikowi zapłaciłem 7 tys. zł. Do tego doszła rzecz jasna praca blacharza i ceny takich części, jak poszycie karoserii, listwy, felgi, opony i tym podobne "duperele". Ogólnie rzecz ujmując - około 25 tys. zł.

Reklama

O zdarzeniu piszę nieprzypadkowo, w ocenie licznej rzeszy przyjaciół i znajomych stałem się bowiem "tym idiotą, który wydał na remont 24-letniego, powypadkowego złomu więcej, niż zapłaciłby za nową Pandę". Zastanawiacie się, dlaczego zdecydowałem się na taki krok? Spieszę wyjaśnić...

Jestem daleki od twierdzenia, że stare samochody są lepsze od tych obecnych. Taka opinia to ignorancja niebezpiecznie ocierająca się o głupotę. Współczesne pojazdy są zdecydowanie bezpieczniejsze, zdecydowanie rozsądniej obchodzą się też z paliwem. Podobało mi się jednak dawne podejście do motoryzacji, które - zwłaszcza w przypadku marek określanych dziś, jako "premium" - streścić można hasłem "jeden klient, jeden samochód".

Zmierzam do tego, że kupując dziś w salonie pojazd pokroju Mercedesa czy BMW, ale też innym marek "premium" czuje się - po prostu - oszukiwany. Nie, nie chodzi mi wcale o absurdalnie wysokie ceny, bo te - biorąc pod uwagę zarobki - na przestrzeni lat niewiele się zmieniały. Nie chodzi mi też o to, że kupując auto za 150 czy 200 tys. zł, muszę dopłacać za automatyczną skrzynię biegów czy tempomat. To również nie zmieniło się przez ostatnie trzydzieści lat. Gruntownie zmieniło się jednak podejście do klienta, a - ściślej rzecz ujmując - jakość samego produktu.

Przeciętny obywatel RFN, by kupić sobie Mercedesa W123 musiał dysponować kwotą, jaka wystarczyła na zakup niewielkiego mieszkania w Berlinie. Nie widzę w tym jednak nic złego, bowiem W123, podobnie jak owo mieszkanie, traktowany był w roli inwestycji na całe życie. Słowo "premium" nie oznaczało wcale wysokiego poziomu wyposażenia czy wyszukanej stylistyki. Było po prostu synonimem trwałości.

Zdjęcie

Samochód będzie codziennie używany /
Samochód będzie codziennie używany
/

Pamiętacie Clarksona, który w jednym z odcinków "Top Gear" jeździł skonstruowanym przez siebie Peelem P45 po galerii handlowej? Gdy w pewnym momencie dojechał do wystawy sklepowej powiedział: "Fotel? Nie, dziękuje. Już mam". Z samochodami było podobnie.

Malkontentom przypominam, że założenia konstrukcyjne przy opracowywaniu Mercedesa W124 zakładały, iż przeciętny nabywca będzie eksploatował auto przez około 20 lat. Słowo "przeciętny" oznacza średnią, inżynierowie musieli więc brać pod uwagę zdecydowanie dłuższą żywotność. Żywotność wszystkiego - zaczynając od podstawowych elementów silnika, a na tapicerce i zamkach kończąc.

W swojej motoryzacyjnej karierze miałem kilka W124 (jednego mam po dziś dzień) i wiem, że konstruktorzy wywiązali się ze swej roli w sposób perfekcyjny. Daję głowę, że gdyby Mercedes produkował ten model do dzisiaj, kupiłbym go bez zastanowienia. Tak, bez zająknięcia spłacałbym raty dwóch kredytów - jednego hipotecznego i drugiego za Mercedesa, który służyłby mi do emerytury.

Zdjęcie

Szkody były duże... /
Szkody były duże...
/

Podsumowując. Kiedyś płacąc za samochód tyle, co za mieszkanie, można było oczekiwać podobnej trwałości. Oczywiście, raz na 5-10 lat, podobnie jak w domu, trzeba było zafundować autu niewielki remont. Nikt nie myślał jednak o zmianie modelu na nowszy, bo przestarzałe radio nie odtwarzało będącego aktualnie na topie formatu muzyki, a kształty deski rozdzielczej nie pasowały do chwilowych trendów. Najważniejsze było to, że - niezależnie od okoliczności przyrody - na samochód liczyć można było przez długie lata. Niestety, takie podejście, to już historia...

Zastanawialiście się np., co by było, gdyby 30 lat temu klient przyjechał do autoryzowanego serwisu Toyoty na lawecie i usłyszał, że silnika w jego 3-letnim aucie nie da się naprawić, bo utlenił się blok i głowica? O nie, nie skończyłoby się na tym, że jakiś japoński inżynier wyleciałby z roboty. Konstruktor silnika powiesiłby się na własnych jelitach i nikt, ale to - ZUPEŁNIE NIKT - by mu z tego powodu nie współczuł. Należało mu się - schrzanił robotę i zawiódł zaufanie do marki!

Sęk w tym, że projekt współczesnego silnika nie został wcale "schrzaniony". O wiele bardziej prawdopodobne jest, że tak, jak całą resztę otaczającego nas badziewia (od mebli, przez sprzęt AGD, a na elektronice kończąc), dotknęło go po prostu celowe postarzanie produktu.

Zdjęcie

Trudno było na aucie o prosty kawałek blachy /poboczem.pl
Trudno było na aucie o prosty kawałek blachy
/poboczem.pl

Właśnie z tego względu zdecydowałem się odbudować samochód, który - z punktu widzenia wielu osób - był jedynie powypadkowym wrakiem, w wieku, który dyskwalifikuje go z codziennej eksploatacji. Co więcej, gdzie tylko było to możliwe, starałem się kupować oryginalne, często wiekowe, części. Jakość współczesnych zamienników znam, niestety, aż za dobrze.

Podkreślam raz jeszcze, to stare, powypadkowe auto służyć ma mi do codziennej jazdy - nie mam zamiaru stawiać go na cokole przed domem szpanując przed znajomymi "kultowym, zabytkowym" Mercedesem. Samochód, tak jak do tej pory, komfortowo, bezpiecznie i - co najważniejsze - bezawaryjnie wozić ma mnie rano do sklepu po pieczywo, a - gdy zajdzie taka potrzeba - w ciszy i spokoju odstawić na drugi koniec Europy, bym mógł popluskać się w Adriatyku.

Skoro do tej pory, mimo przebiegu 240 tys. km, auto świetnie wywiązywało się z tej roli, nie pojmuje, dlaczego nie mogłoby tego robić przez następne 5, 10 czy 15 lat? Miałbym kupować kolejny samochód? Nie, dziękuje. Przecież już mam!

Paweł Rygas

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Meble, elektronika, samochody. To wszystko badziewie!

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 138,

przeczytane przez: 5947 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony