O polonezach i golfie, którym Angela jeździła...

​Pamiętacie czasy, w których nasi dzielni politycy wspierali rodzimy przemysł motoryzacyjny?

Zdjęcie

Samochód Angeli Merkel miał mieć tylko 190 tys. km przebiegu /
Samochód Angeli Merkel miał mieć tylko 190 tys. km przebiegu
/
Do miana legendy urosła opowieść o tym, jak Waldemar Pawlak nakazał swoim urzędnikom przesiadkę ze służbowych limuzyn na polonezy. Uradowane tym faktem FSO przygotowało dla ministerialnych głów pięć samochodów, które - na specjalne zamówienie BOR - wyposażone zostały w takie "luksusy", jak dwulitrowy silnik czy wspomaganie kierownicy.

Wyjazdowi aut z Żerania - przy błysku fleszy - towarzyszyła wielka feta. Na szczęście nikt nie filmował ich przyjazdu na Aleje Ujazdowskie. O własnych siłach dotarły ponoć aż trzy...

Reklama

Mimo tego w Warszawie często zobaczyć można było kolumnę rządowych polonezów i Pawlaka podróżującego na tylnym siedzeniu jednego z nich. Ich zasięg kończył się jednak na rogatkach stolicy, gdzie ówcześnie urzędujący premier przesiadał się na dużo szybszą, znacznie bardziej komfortową i zdecydowanie mniej zawodną lancię kappę.

Niestety, marketingowe zagrywki Waldemara Pawlaka na niewiele się zdały. W 1995 roku Pawlak na dobre pożegnał się z fotelem premiera, w halach promowanej przez niego FSO hula wiatr.

Zdecydowanie większym kunsztem w ratowaniu swojego przemysłu motoryzacyjnego wykazały się władze Niemiec. Gdy lokalni producenci zaczęli przymierać głodem wskutek kryzysu ekonomicznego, niemiecki rząd wprowadził tzw. premię wrakową. Zasada jej działania była prosta - każdy kto zdecydował się zezłomować swój dotychczasowy pojazd (w wieku co najmniej 9 lat) otrzymywał od państwa 2,5 tys. euro dopłaty, do zakupu fabrycznie nowego auta. Oddźwięk akcji przerósł najśmielsze oczekiwania - dopłaty stały się tak popularne, że niemieckie władze musiały podnieść ich pulę z początkowych 1,5 mld euro do 5 mld euro.

Dzięki tym działaniom u naszych zachodnich sąsiadów wróciła moda na kupowanie nowych pojazdów, od dna odbił się Opel, a Volkswagen zanotował rekordowe zyski - jego dobra passa trwa po dziś dzień.

Różnice w działaniu władz Polski i Niemiec widać na pierwszy rzut oka. Nasi zachodni sąsiedzi, w przeciwieństwie do polskich elit z połowy lat dziewięćdziesiątych, nie grali "pod publikę" - celem nie były sondażowe słupki, lecz ratowanie miejsc pracy.

Z drugiej strony, trzeba jednak przyznać, że niemieckie władze miały sporo większe pole manewru, chociażby z tego powodu, że zachęcając obywateli do kupowania nowych samochodów, nie miały świadomości wciskania im..."tandety".

Jak się okazuje, motoryzacyjne doświadczenia Angeli Merkel od wielu lat związane są z niemiecką motoryzacją. Ostatnio na jednym z portali aukcyjnych wystawiono ostatnio trzydrzwiowego golfa II generacji, którego właścicielem była niegdyś dzisiejsza pani kanclerz.

Niepozorne, pozbawione "bajerów" (nie ma nawet obrotomierza) trzydrzwiowe auto z silnikiem o mocy zaledwie 51 KM cieszyło się ogromnym zainteresowaniem internautów. Sprzedający gwarantował oryginalność przebiegu (190 tys. km) ale nie ukrywał, że samochód przeszedł kompletny remont blacharski.

Niestety, aukcja została unieważniona na 15 minut przed końcem. A najwyższe oferty dochodziły już do... 130 tys. euro! Jak wykazało dochodzenie serwisu aukcyjnego leciwego golfa licytowali sami żartownisie...


Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: O polonezach i golfie, którym Angela jeździła...

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 23,

przeczytane przez: 92 osoby Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony