„Piratem drogowym” bywa także nasze państwo!

Pojęcie "pirat drogowy" w powszechnej opinii kojarzy się wyłącznie z kierowcami samochodów i motocyklistami. Brawura, często granicząca z czystym szaleństwem, notoryczne lekceważenie przepisów ruchu, anarchia, sobiepaństwo i zwykłe chamstwo...

Zdjęcie

Ulica Kościuszki w Krakowie. Ograniczenie 40 km/h, którego nikt nie przestrzega. NIKT! /poboczem.pl
Ulica Kościuszki w Krakowie. Ograniczenie 40 km/h, którego nikt nie przestrzega. NIKT!
/poboczem.pl
Takie myślenie ukształtował w nas przekaz medialny. Jeżeli jednak przyjmiemy, że "piractwo" polega na naruszaniu ogólnie przyjętych norm zachowania na drodze i sprowadzaniu niebezpieczeństwa na jej współużytkowników, wówczas sprawa staje się bardziej skomplikowana. Przy takiej definicji za piratów drogowych trzeba często uznać już tych, którzy te drogi budują.

Projektantów, którzy w swojej niepohamowanej fantazji forsują dziwaczne rozwiązania, wprowadzające później w konfuzję nawet doświadczonych, bywałych w świecie kierowców, ale i takich, którym wyobraźni wyraźnie nie dostaje i każdy, kto jest zmuszony korzystać z owoców ich pracy wścieka się, widząc, że można to było zrobić inaczej, lepiej, mądrzej.

Reklama

Zdjęcie

. /poboczem.pl
.
/poboczem.pl
Wykonawców, których niedbalstwo powoduje, że nawet w przypadku niedawno oddanych do użytku szlaków jeździmy po dziurach i koleinach. Wreszcie zwykłych złodziei, rozkradających pełnowartościowy materiał przeznaczony na budowę dróg i zastępujących go lichymi zamiennikami. Byle tony się zgadzały...

Piratami w takim, szerszym rozumieniu są również ludzie odpowiedzialni za bezsensowne oznakowanie dróg. Spójrzcie, jak to się robi w zachodniej Europie. Tam zakazy i ograniczenia wynikają z realnej oceny zagrożeń, u nas - stanowią surogat innych działań i odgrywają rolę tzw. "d...chronu". Na zakręcie, nocą, w deszczu, zdarzył się tragiczny wypadek. Cóż, można by tę drogę wyprostować, ale to kosztuje, długo trwa i obciąża urzędników dodatkową pracą. Łatwiej umieścić znak ograniczający w tym miejscu prędkość do 60 km/godz. z informacją, że obowiązuje podczas opadów. Ale co tam - damy 40 km/godz., bez żadnych dodatkowych warunków. W razie czego będziemy kryci i nikt nam nie zarzuci, że z wypadku nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków.

Szczególnie długi żywot mają u nas prowizorki. Na jednej z ulic w Krakowie 30 lat temu remontowano torowisko tramwajowe. Przestrzeń między wtopionymi w jezdnię torami wypełniły specjalne płyty. Nawierzchnia, jak zachwalano, nowatorska, opracowana naukowo. Niestety, jak się okazało, miała feler - samochody wpadały na niej w poślizg. Aby zapobiec nieszczęściu, na wspomnianej ulicy ustawiono znak ograniczenia prędkości. Tylko na chwilę, do czasu równie naukowego uszorstkowienia śliskości. Ograniczenie obowiązuje do dzisiaj, choć niewielu kierowców je zauważa i przestrzega. Przyzwyczaili się...

Dziury. Poufna instrukcja

Czy widzieliście kiedyś, jak się łata dziury w polskich drogach? Jasne, że tak, to przecież codzienny widok. Na pewno też, przynajmniej na początku, byliście zszokowani stosowaną przy tej pracy technologią. czytaj więcej

Czy ludzi, którzy dopuścili się opisanej wyżej fuszerki i ją usankcjonowali nie należałoby zaliczyć do grupy "piratów drogowych"? Podobnie jak niektórych funkcjonariuszy służb powołanych do czuwania nad bezpieczeństwem użytkowników dróg. Jak to trafnie ujął autor cytowanego już przez nas kiedyś wpisu na jednym z forów internetowych: "Pirat drogowy - rozbójnik, zaczajony w krzakach, napada na podróżnych i okrada ich z gotówki. Zwykle uzbrojony, umundurowany i bezkarny. Porusza się z ogromnymi prędkościami nieoznakowanym radiowozem, nie zważając na nic i na nikogo. (...) Filmuje z ukrycia. Lubi prowadzić jedną ręką i nonszalancko żuć gumę. Nierzadko spasiony, wąsaty lub łysy. Często zakłada ciemne okulary. Lubi rzucać czerstwymi dowcipami (typ kielecki). Nie porozumiewa się w żadnym obcym języku, ma również problemy z prawidłowym wysławianiem się w języku polskim".  Odmianę tego typu piractwa uprawiają również strażnicy miejscy i gminni. Nie ograbiają, jak ich historyczni protoplaści, kupców, lecz kierowców.  A zamiast kordelasów, toporów i śmiercionośnych kotwiczek używają fotoradarów, ukrytych w przydrożnych krzakach czy w kubłach na śmieci.

Oddzielną kategorię "piratów drogowych" stanowią rowerzyści, przy czym w ich przypadku często można mówić o  piractwie chodnikowym. Nie wolno również zapominać o pieszych. Pieszy pirat przechodzi przez jezdnię tam, gdzie jest mu wygodniej. Udaje daltonistę, nie odróżniającego światła czerwonego od zielonego. Spaceruje - po pijaku albo i na trzeźwo - środkiem drogi lub maszeruje jej niewłaściwym skrajem. Brzydzi się wszelkimi elementami odblaskowymi. Gdy odczuwa taką potrzebę, potrafi szybko przebiec na drugą stronę trasy szybkiego ruchu; sprawnie, niezależnie od płci i wieku pokonując przeszkody w postaci betonowych zapór, oddzielających poszczególne jej pasy. Lubi zaskoczyć kierowców, wkraczając znienacka na jezdnię tuż  przed nadjeżdżającym samochodem.

A kim innym, jak nie piratami drogowymi, są urzędnicy państwowi, sięgający coraz głębiej do kieszeni zmotoryzowanych obywateli, nakładający horrendalnej wysokości podatki, które tak mocno wpływają na ceny paliw...

Piraci drogowi. Jak widać, jest ich znacznie więcej, niż zwykło się uważać...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: „Piratem drogowym” bywa także nasze państwo!

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 112,

przeczytane przez: 168 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony