Prawo jazdy za Gierka

Narzekacie na poziom współcześnie odbywających się kursów i egzaminów na prawo jazdy? Uważacie, że w przeszłości było inaczej, lepiej? Otóż nie zawsze.

Zdjęcie

Poczciwa syrena
Ja robiłem "prawko" za wczesnego Gierka, w 1972 r. Kurs obejmował dwie części. Podczas teoretycznej uczyliśmy się przepisów, ćwiczyliśmy do znudzenia, na wyrywki, rozpoznawanie znaków drogowych, rozwiązywaliśmy tzw. krzyżówki,czyli graficzne zagadki, w których należało rozstrzygnąć, który z pojazdów ma pierwszeństwo przejazdu przy skomplikowanych konfiguracjach dróg, znaków i ruchu.

Układając te łamigłówki, ich autorzy musieli mieć niezłą zabawę. Do dziś czasem śni mi się sytuacja, gdy do skrzyżowania z nie działającą sygnalizacją świetlną z różnych kierunków zbliża się pięć samochodów osobowych, tramwaj oraz trzy pojazdy uprzywilejowane, oczywiście wszystkie na sygnale: karetka pogotowia, straż pożarna i milicyjna nyska. Czy było to sensowne? Cóż, oceńcie sami.

Reklama

Równie dużo czasu poświęcaliśmy na zgłębianie tajników budowy samochodu. Silnik dwu- i czterosuwowy, mechanizm różnicowy, konstrukcja tłoków, cylindrów, skrzyni biegów, elektryka i hydraulika. Solennie i w detalach. Zdobywaliśmy tę wiedzę z plansz i podręczników, ani razu nie widząc prawdziwego mechanizmu. O jakichkolwiek animacjach komputerowych nie było rzecz jasna mowy.

Ćwiczenia w terenie też miały swoją specyfikę. To, że uczyliśmy się jeździć na leciwych warszawach i moskwiczach, z dźwigniami zmiany biegów przy kierownicy, można skwitować krótko: takie czasy. Gorzej, że instruktor na każdą jazdę zabierał dwóch kursantów, każdy z nich podczas jednej sesji spędzał za kółkiem pół godziny, ale podpisywał, że jeździł pełną godzinę. Jeździło się oczywiście wyłącznie tam, gdzie instruktor miał coś do załatwienia. Często do jego domu. Na przykład z zakupami. Czekając cierpliwie, aż pochwali się swoimi zdobyczami przed żoną. A zegar bił...

Sam egzamin praktyczny był dziecinnie łatwy. Wystarczyło ruszyć w miarę płynnie i przejechać kilkaset metrów po pustej ulicy. Żadnych pułapek, manewrów z parkowaniem, wjeżdżaniem tyłem do wyimaginowanego garażu itp.

I jeszcze jedno... Na dzisiejszych świeżo upieczonych kierowców często czeka w domu już wcześniej kupione auto. Owszem, stwarza to pewne zagrożenia, ale pozwala w miarę szybko podnieść zdobyte na kursie kwalifikacje. Kiedyś było inaczej. Ja usiadłem po raz pierwszy za kierownicą samochodu dopiero osiem lat po otrzymaniu prawa jazdy! Powiedzmy szczerze: jako wtórny analfabeta.

Aha, zrobiłem też prawo jazdy na motocykl. Tu kurs wyglądał jeszcze bardziej paranoicznie. Ćwiczyliśmy, kręcąc "wueską" ósemki na pustym placu. Podczas egzaminu wystarczyło przejechać kilkadziesiąt metrów po prostej, bez chociażby jednego skrętu. Aby silnik nie zgasł, instruktor, stojąc z boku motoru, sam przytrzymywał i puszczał sprzęgło. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdybym dzisiaj zamarzył kupić sobie motocykl i wyruszyć nim w Polskę. Prawo jazdy przecież mam...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Autor:

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Prawo jazdy za Gierka

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 177,

przeczytane przez: 265 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony