Wtyczki bimbają zielonym kalafiorem...

Jestem stuprocentowym Polakiem, a to oznacza, że mimo wieloletnich wysiłków zaborców i komunistycznych władz wciąż mam jeszcze własne zdanie.

Zdjęcie

    /PAP/EPA
   
/PAP/EPA

Nie lubię, gdy ktoś mówi mi co mam robić, z przymrużeniem oka traktuje więc wszystkie, zakazy, nakazy i... znaki informacyjne.

Jestem też, a przynajmniej tak mi się wydawało do wczoraj, fanem motoryzacji. Oczywiście także w tej kwestii, mam własne i ugruntowane poglądy. Wczoraj dowiedziałem się jednak, że zupełnie nie wpisuje się w obraz współczesnego, uświadomionego i rozsądnego fana samochodów i szybko, w poczuciu wstydu, powinienem zmienić swoje motoryzacyjne upodobania.

Reklama

Co być może zauważyliście, stałym punktem wczorajszych telewizyjnych "njusów" były relacje z salonu w Genewie. Niezależnie od wybranej stacji, w każdej z nich wypowiadał się szef jakiegoś renomowanego producenta. Wypowiadał się - jak na szefa przystało - majestatycznie, władczo, irytująco i głupio.

Wbrew temu, czego można się było spodziewać, prezesi nie przynudzali wcale informacjami o wynikach sprzedaży czy poziomie emisji CO2. Było gorzej. Z telewizyjnych odbiorników płynął do mego mózgu przekaz wmawiający mi, o jakich samochodach powinienem marzyć. Niezależnie od reprezentowanej marki - był on jasny. Każdy z prezesów był święcie przekonany, że wie, czego potrzeba klientom do szczęścia. Wszyscy twierdzili, że większość kupujących plami nocą prześcieradła marząc o samochodach elektrycznych - niektórzy sugerowali nawet, że możemy, my czyli klienci, mieć pretensję o to, że na rynku wciąż jest ich jak na lekarstwo.

Po wysłuchaniu wystąpień pewnych siebie wodzów wyznaczających jedynie słuszny kierunek zielonej rewolucji, byłem w szoku. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że w XXI wieku, za pośrednictwem wolnych mediów, wpajane będą hasła rodem z wczesnej PRL. Wtedy również mężni wodzowie narodu mówili mi, o czym powinienem marzyć, a w sklepach oferowano nie to, co ludzie chcieliby kupować, ale to, co zdaniem wszechwiedzącej władzy, powinni.

Za pośrednictwem waszego serwisu chciałbym więc - jako skromny obywatel - zaapelować do szefów światowych koncernów motoryzacyjnych - przestańcie wydawać dziesiątki tysięcy euro na bzdurne analizy rynkowe, z których nic nie wynika i pozwólcie wpoić sobie prostą prawdę.

Zapewne istnieje spora rzesza dewiantów, którzy po skorzystaniu ze swojej plastikowej zabawki na baterie chcą ciągnąć druty i wtykać je sobie w gniazdko. O ile nikomu nie szkodzą, mają do tego pełne prawo. Nie zapominajcie jednak o tym, że przeszło już 50 procent sprzedawanych w Europie pojazdów to diesle, a nie samochody na prąd. Jak myślicie, czy ktokolwiek kupuje je dlatego, że są "zielone", pracują jedwabiście delikatnie i są ciche? Otóż nie - przesiadamy się na biedoklepy wyłącznie z tego powodu, że chcemy jeździć tanio i rzadko tankować. Zdecydowanej większości klientów elektryczne wtyczki bimbają zielonym kalafiorem!

Obywatel RP

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

Skomentuj artykuł: Wtyczki bimbają zielonym kalafiorem...

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 46,

przeczytane przez: 69 osób Dodaj komentarz
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony