Aktywiści krytykują policję. Za to, że ich słucha...

Kierowcy nie mają już chyba wątpliwości, że tzw. "aktywizm miejski", niczym komunizm, rozlewa się po polskich miastach. Żywieni ekologiczną pulpą "pożyteczni idioci" stanowią narzędzie w rękach osób, które za wszelką cenę starają się narzucić większości swoją wizję świata. (*)

Zdjęcie

for: MJN /
for: MJN
/

Świata z przełomu 17. i 18. wieku - bez samochodów, przemysłu i rozwoju gospodarczego. Kolektywistycznej Walhalli, do której zabiorą was, ciągnięte przez rowery, rydwany z biodegradowalnego mchu i paproci...  

Dowodów na to, że nie chodzi wcale o bezpieczeństwo lecz ideologię, nie trzeba daleko szukać. To właśnie środowiska miejskich aktywistów domagają się likwidacji najbezpieczniejszych, bo separujących ruch, przejść podziemnych, które ich zdaniem dyskryminują pieszych ("muszą chować się przed autami jak szczury"). Przy okazji przegłosowanych niedawno zmian w pierwszeństwie na przejściach, te same środowiska domagały się też wykreślenia z polskich przepisów zakazu wchodzenia na jezdnię bezpośrednio przed nadjeżdżający pojazd. To przecież logiczne, że im więcej osób zginie na drogach, tym głośniej będzie można lamentować i robić z kierowców wroga publicznego numer jeden. Niestety, (jeszcze) się nie udało.

Reklama

O durnych - w dosłownym znaczeniu tego słowa - pomysłach "aktywu" napisać można opasłą książkę. Najnowszy, zgarniający szeroką rzeszę wyznawców, to chociażby tworzenie tzw. "ogródków warzywnych" w centrach miast. Te promować mają "zdrowy tryb życia" i nikomu nie przeszkadza, że przepyszna wegańska sałatka wyrosła na tablicy Mendelejewa z pyłu zawieszonego, którego stężenie - za sprawą opalanych węglem pieców - właśnie w centach miast jest największe. Aktywistyczna logika w natarciu.

Wśród tego typu organizacji na pierwszy plan wysuwa się jedno z warszawskich stowarzyszeń, którego happeningi nader często przypominają występy kabaretowe i to nie najwyższych lotów. Najnowszy odbywał się pod hasłem "Gdzie jest policja". Jak zauważyli aktywiści: "W 2020 roku na stołecznych drogach zginęły 44 osoby. To o 9 osób więcej niż w 2019 roku. Ten wzrost szokuje zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę wiosenny lockdown spowodowany pandemią koronawirusa. Dlaczego w całej Polsce spadła liczba ofiar śmiertelnych wypadków, a w Warszawie wzrosła?". MJN nie ma wątpliwości: "odpowiedzią jest prędkość". Zobacz więcej na ten temat.

Na dowód tego aktywiści dodają, że " w okresie styczeń - grudzień 2020 r. najwięcej wypadków spowodowanych było przez kierujących pojazdami - 93 proc wszystkich wypadków" - powołując się przy tym na statystyki policyjne.

Aktywiści zapominają jednak o pewnym wymownym fakcie. 21 ofiar śmiertelnych stanowili piesi, z których ponad 1/3 (aż 8 osób!) zginęła pod kołami pojazdów komunikacji miejskiej! Co, więcej, dopóki nie poznamy wyników poszczególnych śledztw, nie sposób stwierdzić w ilu wypadkach winę za zdarzenie ze skutkiem śmiertelnym ponosili sami piesi. Często kierowca dopiero po latach, w sądzie, ma możliwość udowodnienia swojej niewinności.

I nie - nikt nie ma wątpliwości co do tego, że polskim kierowcom nader często towarzyszą brawura i nadmierna prędkość, zwłaszcza w obszarach zabudowanych. Skoro jednak aż 8 osób ginie w stolicy pod kołami autobusów czy tramwajów, problem nie leży chyba w ich kierowcach czy motorniczych lecz właśnie w zachowaniu niechronionych uczestników ruchu! Jakem żyw, nie widziałem jeszcze zdjęcia z fotoradaru z tramwajem czy miejskim autobusem w roli głównej! Nie znam też ani jednego zawodowego kierowcy komunikacji miejskiej, który nie stosowałby się do ograniczeń prędkości i świadomie narażał życie i zdrowie pasażerów!

Na przekór faktom i logice aktywiści, którzy w wielu kręgach znani są bardziej jako "miastojanusze", wystosowali kuriozalny apel do policji. Czytamy w nim że: "założenie, że piesi i kierowcy to równoważni użytkownicy ruchu drogowego nie tylko jest nieprawdziwe, ale i szkodliwe. Pora, aby policja odwróciła proporcje i z takim zaangażowaniem, z jakim ściga pieszych przechodzących na czerwonym świetle, ścigała bandytów drogowych, którzy są realnym zagrożeniem dla życia mieszkańców i mieszkanek Warszawy".

Tak - dobrze widzicie. Aktywiści, którzy domagają się likwidacji przejść podziemnych, bo "pieszy jest takim samym użytkownikiem drogi jak kierowca" zarzucają policji, że traktuje pieszych i kierowców jako "równoważnych uczestników ruchu drogowego". Mają też pretensję o to, że policja karze mandatami pieszych przechodzących na czerwonym świetle, a nie skupia się na "piratach drogowych", którzy mogliby przecież ich rozjechać.

Zdziwieni? Ja nie.

Z poważaniem Ryszard Pawłowski

(*) - Tekst przysłany jako list do redakcji

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony