Ekoterroryści w natarciu. Ukradli kluczyki do 1000 samochodów!

Kluczyki do tysiąca pachnących nowością Volkswagenów skradziono w maju z portu w Emden. Łup złodziei znaleziony został w nietypowym miejscu - na szczycie Zugspitze w Alpach Bawarskich.

Zdjęcie

/Getty Images
/Getty Images

Za zdarzeniem, które bulwersuje opinię publiczną w Niemczech, stoi - słynąca z kontrowersyjnych i nie do końca przemyślanych akcji - organizacja ekologiczna Greenpeace. Ta sama, której motolotniarz zakłócił rozgrywany 15 czerwca w Monachium mecz Francja - Niemcy. Efektem awaryjnego lądowania na murawie Allianz Arena były obrażenia głowy i szyi u dwóch kibiców.

Akcja, podobnie jak kradzież kluczyków, wymierzona była przeciwko Volkswagenowi, który - w ocenie Greenpeace - zbyt wolno przestawia się na produkcję samochodów elektrycznych... Kradzież kluczyków, która zakłóciła wysyłkę ponad tysiąca samochodów do klientów zagranicznych - najprawdopodobniej - znajdzie swój finał w sądzie. "Nie tolerujemy żadnych naruszeń prawa" - komentowały zdarzenie służby prasowe niemieckiej marki. Szybko jednak zmieniły swój stanowczy ton dodając, że firma jest "gotowa na dialog" z organizacjami ekologicznymi.

Reklama

Firma nie chwaliła się, w jaki sposób rozwiązano problem brakujących kluczyków. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak zakładać, że trzeba je było dorobić, co - w ostatecznym rozrachunku - na pewno przyczyniło się do zminimalizowania śladu węglowego i racjonalnego gospodarowania surowcami...

Zdjęcie

Lądowanie awaryjne motolotniarza na Allianz Arena w Monachium /Getty Images
Lądowanie awaryjne motolotniarza na Allianz Arena w Monachium
/Getty Images

W tym miejscu warto dodać, że 38-letni działacz Greenpeace, który desantował się na murawę Allianz Arena, już na drugi dzień po spektakularnej akcji znalazł się na wolności. Policjanci nie znaleźli podstaw prawnych, by zatrzymać go w areszcie.

Swoją drogą nieodpowiedzialny lotniarz, o mały włos, nie przypłacił swojego zachowania życiem. Przedstawiciele Greenpeace tłumaczyli, że w planach było jedynie zrzucenie na boisko dużej żółtej piłki z ekologicznymi hasłami i logo organizacji. Podchodząc do "bombardowania" 38-latek zahaczył jednak o stalową linę stanowiącą część kopuły stadionu i stracił panowanie nad motolotnią. Histeryczny manewr, w wyniku którego obrażenia odniosły dwie osoby, był więc w istocie lądowaniem awaryjnym.

Przeciwko mężczyźnie toczą się teraz postępowania w sprawach o zakłócenia ruchu lotniczego, wtargnięcia na teren obiektu i uszkodzenia ciała. Po tym incydencie niemiecka policja zaostrzyła ochronę tego typu imprez "z powietrza", podrywając na czas kolejnych meczy helikoptery. Eksperci zwracali też uwagę, że mężczyzna otarł się o śmierć nie tylko w wyniku kontaktu ze wspomnianą liną. Manewr odbywać miał się również pod czujnym okiem policyjnych snajperów, którzy zabezpieczają tego rodzaju imprezy pod kątem zagrożenia terrorystycznego. Gdyby któryś z nich uznał, że nalot stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa kibiców, mężczyzna trafiłby na murawę zdecydowanie szybciej...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony