I jak tu ufać mechanikom?

Ostatnio można zobaczyć w telewizji dość sympatyczną reklamę pewnej ubezpieczalni, w której za plandeką imitującą bramę wjazdową fachowiec łomem demontuje zderzak samochodu. Reklama zabawna, ale budzi we mnie dość niesmaczne wspomnienia sprzed kilku tygodni.(*)

Zdjęcie

   
   
Pewnie ciepłe, letnie popołudnie. Mój niczym niezmącony spokój przerwał telefon narzeczonej: "Kochanie, auto mi się grzeje". Myśląc, że to pewnie stanie w korku w temperaturze powietrza około 35 stopni Celsjusza jest powodem tej sytuacji jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo będę przeklinał ten dzień. Po powrocie kobiety zajrzałem pod maskę samochodu. Jako, iż nie miałem zbyt wiele wolnego czasu szybko prześwietliłem sytuację w komorze silnika i- mechanikiem nie jestem- ale stwierdziłem- wszystko dobrze. Samochód może nie jest pierwszej świeżości, bo to opel z 96 r., ale auto od momentu kupna w salonie jest w jednej rodzinie i służył zawsze tylko do jeżdżenia na zakupy. Nigdy żadnej poważnej awarii, więc pomyślałem - może to ten pierwszy raz?

Reklama

Następnego popołudnia sytuacja ta sama - temperatura silnika 100 stopni, i ubytek płynu w chłodnicy. Odstawiliśmy zatem samochód do zaprzyjaźnionego mechanika, który zna auto od nowości. Następnego dnia telefon - autko do odbioru. Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, na słowa mechanika poczułem pewien niepokój - niczym na wieść że paliwo zdrożeje - usłyszeliśmy: "nic tam nie znalazłem".

No ok. Ufam facetowi, nigdy nas nie zawiódł. Koszt "serwisu" 150 zł za przejrzenie termostatu, przewodów itp. Nie kosmos, ale słowa "nic tam nie znalazłem" zapadły mi w pamięć jak inwokacja z "Pana Tadeusza". I nie było to uczucie chybione, bo następnego dnia temperatura w oplu znów przekroczyła 100 stopni i ubyło znacznie wody z chłodnicy. Więc wracamy do naszego mechanika. On znów zakasał rękawy i do dzieła. Jako że znów już na drugi dzień samochód był gotowy, wiedziałem że nasza radość długo nie potrwa. Mechanik znów nic nie znalazł.

Przepłukał wszystkie przewody żeby znaleźć ewentualny wyciek, wymienił płyn w chłodnicy, zajrzał to tu, to tam i..... nic... znów nic! Auto w pełni sprawne. Kolejne 200 zł. Wiara w to, że samochód teraz będzie sprawny była podobna do tej, że krzyż sprzed pałacu prezydenckiego zostanie bezkonfliktowo przeniesiony. Bingo! kolejne 2 dni i znów to samo. Zapadła decyzja - zmieniamy mechanika. Owszem, mogłem wrócić do tego poprzedniego i w ramach reklamacji domagać się naprawy, jednak wyszedłem z założenia, że skoro dwa razy awarii nie wykrył to i nikłe szanse, że za trzecim mu się uda. Samochód był nam potrzebny, ponieważ oboje dojeżdżamy do pracy i brak drugiego auta skutecznie krzyżował nam poranne dojazdy. Drugi mechanik otwarł maskę, wydał komendę - gaz deska! i po 47 sekundach stwierdził- węże na złączce się pocą. Faktycznie! wymiana złączki i pierwszy raz od ponad tygodnia spokojny sen. Gdybym wiedział, że ta sielanka potrwa tak długo spałbym do 11:00. Narzeczona wraca z pracy- telefon: "Cholera znowu się grzeje! znowu prawie 100!".

Spieniłem się na twarzy jak pitbull przed walką - grzeje się, ale płynu już nie ubywa - sukces wątpliwy. Jeszcze tego samego dnia, kiedy samochód kilka godzin odstał pojechałem nim do sklepu. Po przejechaniu dosłownie 5 kilometrów temperatura silnika przekroczyła 100 stopni. Zatrzymałem się, otwarłem maskę- zbiornik płynu chłodzącego pusty. Doturlałem się do najbliższego mechanika, ten stwierdził jednoznacznie pękniętą uszczelkę pod głowicą. Bez większego zastanowienia zostawiłem mu samochód, poinformowałem o przegrzewającym się silniku i cierpliwie czekałem. Po kilku dniach samochód był gotowy.

Zobacz również:

Wymienione uszczelki, splanowana głowica, jakieś nowe śruby, koszt naprawy- 850 zł.... cóż, wakacje odwleką się trochę, byle wreszcie samochód będzie sprawny. Dwa dni później zacząłem studiować Internet pod kątem psychologów, bo chyba bardziej ja potrzebowałem teraz pomocy niż nasz samochód. Silnik znów po 3 minutach jazdy osiągał 100 stopni. Stwierdziliśmy a niech go szlag trafi, 2 tygodnie u mechaników, ponad 1000 zł na naprawy, które nie przyniosły żadnego rezultatu, oprócz złączki za 2,5 zł która powstrzymała wyciek.

Trzech mechaników - żaden nie potrafił znaleźć powodu przegrzewania. Dziewczyna znów z nadzieją w sercu pojechała samochodem do pracy. Jednak w drodze powrotnej ze strachu przed kłębami dymu spod maski zatrzymała się na parkingu. Tam czekając na mnie i linę holowniczą natknęła się na miłego pana - amatora tanich win, który widząc podniesioną maskę opla zaoferował swoją pomoc. Ponoć kiedyś trochę naprawiał samochody. Sądząc po obecnej sytuacji, w jakiej był - chyba nie był cenionym fachowcem. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i obiecała, że jeśli naprawi samochód, to dostanie swoje upragnione 2 zł na wino, na które tak ambitnie zbierał na tym parkingu. Trochę był to uśmiech politowania, jednak po paru minutach narzeczona zadzwoniła do mnie i śmiejąc się do łez powiedziała: zawracaj do domu, ja już jadę- auto naprawione.

Czyżby opóźnione prima-aprillis? Gość zbierający na wino otworzył maskę, przyjrzał się silnikowi, po czym schylając się pod auto coś przykuło jego wzrok na wysokości grilla - i nie była to błyskawica Opla. Wsunął palce między "żeberka" wlotu powietrza w atrapie chłodnicy po czym zaczął coś mocno przyciskać. Dźwięk odpinanego plastiku i..... TA DAAA!!! wlot powietrza w atrapie chłodnicy zasłonięty był od wewnątrz plastikową oplowską zaślepką. Nie pytajcie, kto to tam zamontował, jak długo to tam było, po co to tam było, i dlaczego nigdy wcześniej nie przeszkadzało, bo na te pytania chyba sami nie znajdziemy odpowiedzi, chociaż bardzo chcielibyśmy. Plastikowa zaślepka wlotu powietrza do chłodnicy niczym w latach 80-tych w dużych fiatach na zimę. Długo nie mogłem otrząsnąć się z szoku, że wystarczyło odpiąć plastikową zaślepkę! koszt naprawy- minuta roboty. Trzech mechaników pastwiło się nad silnikiem, wydane prawie 1300 zł na naprawy, a wystarczyło zdjąć idiotyczny plastik! Naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego od wielu lat ta zaślepka w niczym nie przeszkadzała, a w ogóle kto, kiedy i jak ją tam założył. Pluję sobie też w brodę, bo gdybym znalazł chwilę może sam odkryłbym awarię i uniknął ponad dwóch tygodni spędzonych w warsztatach. Ciągle jednak odczuwam niepokój. Jeśli znów kiedyś zepsuje się któryś z naszych samochodów ,do którego mechanika go odstawić?

Ta historia zraziła mnie chyba do wszystkich w promieniu 50 km. Oddajesz samochód fachowcowi z nadzieją szybkiego i konkretnego działania, a tu zupełne rozczarowanie! I kto wie, jak długo trwałaby tułaczka po mechanikach, jak bardzo nadszarpnęłaby nasz budżet, gdyby nie "winomaniak" z parkingu. Póki co opel utrzymuje temparaturę ok 90 stopni, płyn nie ubywa, i znów jeździ jak nowy. Mam nadzieję, że za te 50 zł, które otrzymał nasz "ratunek" na parkingu mógł sobie zasmakować wina, które lubi najbardziej- i to pewnie nie raz :)

Pozdrawiam wszystkich czytelników poboczem.pl i mechaników samochodowych!

(*) List do redakcji

Od redakcji

Sądząc po opisanych objawach spieszymy z pocieszeniem. 850 zł wydanych na wymianę uszczelki pod głowicą na pewno nie poszło na marne. Zarówno ubywanie płynu chłodniczego, jak i wyciek z węży to typowe objawy uszkodzenia uszczelki.

Awaria mogła być następstwem chwilowego zawieszenia się termostatu więc, jeżeli został "przeglądnięty", radzimy jak najszybciej go wymienić... Usterka tego ostatniego może też tłumaczyć kolejne "zagotowanie" się auta po wymianie uszczelki pod głowicą...

Oczywiście usunięcie "zaślepki" w znaczny sposób wpłynęło na cyrkulację powietrza w komorze silnika i zdecydowanie poprawiło wydajność układu chłodzenia. Polecamy jednak jak najszybciej zainwestować w nowy termostat (w przypadku starszych opli to koszt około 40 zł). W przeciwnym wypadku, może się okazać, że po raz kolejny trzeba będzie rozstać się z kwotą 850 zł...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony