Jak nie korzystać z własnego auta

Od lat żywo interesuję się motoryzacją i bardzo dobrze czuję się w roli kierowcy. Jednak do centrum miasta - z peryferyjnego osiedla, gdzie mieszkam - często jeżdżę tramwajem lub autobusem. Uważam, że tak jest szybciej i taniej, poza tym uwalnia mnie od stresu przy poszukiwaniu miejsca do parkowania. Moimi współtowarzyszami podróży są głównie uczniowie, studenci i emeryci. W takim otoczeniu facet w średnim wieku uchodzi niewątpliwie za dziwoląga. Co on tu robi? Zostawił furę w serwisie i nie wziął auta zastępczego? Pożałował paru złotych na taksówkę? Stracił prawo jazdy za obecność promili w organizmie? A może jest kompletną ofermą i nigdy nie udało mu się zdobyć uprawnień do prowadzenia pojazdów mechanicznych?

Zdjęcie

Nie lepiej przesiąść się do komunikacji miejskiej? /Stanisław Kowalczuk /East News
Nie lepiej przesiąść się do komunikacji miejskiej?
/Stanisław Kowalczuk /East News

Nie przejmuję się podejrzliwymi spojrzeniami i obserwuję ciągnący się za oknem sznur samochodów. Większość z nich wiezie tylko jedną osobę - kierowcę. Zastanawiam się, dlaczego ci ludzie, o zazwyczaj smutnych twarzach, nie pójdą w moje ślady. Myślę, że znam odpowiedź na to pytanie, a właściwie kilka odpowiedzi.

Oczywistym, choć nie zawsze chętnie się do tego przyznajemy, uzasadnieniem takiego, a nie innego wyboru środka transportu, jest wygoda.Miłe ciepełko lub chłodek, komfortowy fotel, muzyka, poczucie intymności... Nikt nie zaprzeczy, że we własnym aucie jest nam najprzyjemniej. Nawet jeżeli za tę przyjemność płacimy stratą czasu, pieniędzy i nerwów.

Reklama

Wiarygodnym wytłumaczeniem są względy logistyczne. Nie ukrywam, że ja również, gdy mam do załatwienia w ciągu dnia parę spraw w odległych punktach miasta, wsiadam do samochodu.

Swoje robi przyzwyczajenie. Przypuszczam, że liczni kierowcy, a i pasażerowie, od bardzo dawna nie korzystali z komunikacji publicznej. Nie uświadamiają sobie, jak bardzo zmieniła się na lepsze. Wsiadając do tramwaju czy miejskiego autobusu nie wiedzieliby, gdzie kupić bilet, ile on kosztuje i jak powinien zostać skasowany.

Jest także kwestia prestiżu. Znam lekarza, który postanowił jeździć do szpitala rowerem. Trochę dla zdrowia, a trochę dlatego, że ma blisko. Szybko dowiedział się, że tak nie wypada. Co pomyśleliby pacjenci na widok pedałującego pana doktora?

Słyszałem, że w Moskwie młodzi, wykształceni pracownicy zagranicznych firm, centralnych urzędów, wyższych uczelni, dojeżdżają do pracy samochodami nawet wtedy, gdy mają znakomite połączenie metrem. Rzekomo tego wymaga ich pozycja społeczna. W dobrym tonie jest narzekać na korki i licytować się, ile czasu się w nich spędziło.

Niedawno przeczytałem w brytyjskich mediach o ciekawym eksperymencie. Oto zmotoryzowani mieszkańcy Coventry, którzy zobowiążą się, że nie będą korzystali z własnych aut, otrzymają gratyfikacje w wysokości do 3000 funtów rocznie, w formie zasilenia specjalnej karty bankowej. To rządowy program pilotażowy. Zostanie wdrożony jeszcze w tym roku. Jeśli zakończy się sukcesem, rozszerzy się na cały kraj. Jego pomysłodawcy wierzą, że okaże się skuteczniejszy w walce z komunikacyjnym zanieczyszczeniem powietrza w miastach niż dopłaty, skłaniające do wymiany aut na nowocześniejsze, mniej szkodzące środowisku.

Przejrzałem komentarze pod informacjami o powyższej inicjatywie. Ich autorzy nie są bynajmniej zachwyceni. Psioczą na jakość komunikacji publicznej w Wielkiej Brytanii. Ktoś pisze, że ma do pracy 40 mil. Pociąg na tej trasie kosztowałby go miesięcznie 450 funtów. Nie stać go na taki wydatek, dlatego na pewno nie zrezygnuje z samochodu. Ktoś inny czuje się oszukany, bo był zachęcany do kupna diesla. Teraz okazuje, że jest to wyjątkowo nieekologiczny rodzaj napędu, co wiąże się z dodatkowymi opłatami i wyższymi podatkami.

Nie wiem, w jaki sposób władze Coventry zamierzają sprawdzać, czy uczestnicy programu dotrzymują jego warunków. Ciekaw też jestem, jak na podobny pomysł zareagowaliby właściciele aut w Polsce. Pewnie, skuszeni wizją ekstra kasy, masowo deklarowaliby rezygnację z używania samochodu, by potem próbować kombinować. Trzeba byłoby zabierać do depozytu kluczyki albo zakładać blokady na koła.

Wciąż nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie, czy lepiej ograniczać ruch kołowy w miastach zachęcając do nie korzystania z prywatnych samochodów czy zniechęcając do korzystania. Tą drugą drogą podąża burmistrz Londynu, zapowiadając podniesienie i tak już słonej opłaty za każdorazowy wjazd autem do centrum stolicy Wielkiej Brytanii.

CLACKSON       

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl
Autor:

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony