Mandat z Niemiec próbą wyłudzenia pieniędzy?

Pewien mieszkaniec Śląska otrzymał przesyłkę z wezwaniem do zapłaty mandatu za wykroczenie drogowe popełnione w Niemczech. Ma poważne podejrzenia, że jest to próba wyłudzenia od niego pieniędzy. Czy uzasadnione? - Pismo zostało przysłane zwykłym listem, znalazłem je w swojej skrzynce pocztowej. Na kopercie nie ma adresu nadawcy - mówi Artur Sz. - Facet na zdjęciu to z pewnością nie ja.

Zdjęcie

/
/

Sfotografowana tablica rejestracyjna najwyraźniej nie jest tablicą polską. Widniejące na niej numery nie są numerami mojego auta. Nie zgadzają się zresztą z numerami rejestracyjnymi wymienionymi w treści dokumentu. Zamiast "BB" ktoś wpisał "88". Poza tym nie byłem ostatnio w Niemczech, samochód jest cały czas użytkowany w firmie, co łatwo sprawdzić.

7 maja tego roku pan Sz. miał pędzić 120 km/godz. w miejscu, gdzie obowiązuje limit 100 km/godz., a więc przekroczył dopuszczalną prędkość o 20 kilometrów na godzinę. Mandat opiewa na 30 euro i to też budzi wątpliwości naszego rozmówcy:

- Z tego co wiem, kary za podobne wykroczenia są w Niemczech znacznie wyższe. Być może ktoś wpisał tak niską kwotę licząc, że machnę ręką i zapłacę,  nie dochodząc prawdy.

Zdjęcie

/
/

Czy rzeczywiście mamy tu do czynienia z oszustwem? Sprawa wydaje się szyta zbyt grubymi nićmi. Wczujmy się w rolę ewentualnych przestępców. Czy nie zadbaliby o większą wiarygodność swoich machinacji? Ktoś fotografuje, obojętnie w kraju czy za granicą, twarze polskich kierowców i tablice rejestracyjne ich samochodów. Ktoś obrabia te obrazki tak, by wyglądały jak zdjęcia z fotoradaru. Ktoś tworzy fałszywki na wzór autentycznych mandatów i wezwań z niemieckiej policji. Ktoś wysyła spreparowane w ten sposób "dokumenty", mając nadzieję, że przynajmniej część adresatów da się nabrać i wpłaci żądaną kwotę na konto wyłudzaczy. Aha - na pewno nie powinna odbiegać ona zanadto od obowiązujących oficjalnie stawek grzywien, bo w przeciwnym razie, jak widać, budzi to określone podejrzenia.

Takie postępowanie miałoby sens. Tymczasem w przypadku incydentu z udziałem pana Sz. ewentualne oszustwo jest łatwe do zdemaskowania. Wystarczy przecież skontaktować się z komendą policji w miejscowości Speyer, skąd pochodzi przysłane naszemu czytelnikowi pismo (jest w nim nawet numer telefonu i faksu do niejakiej "Frau Becker" z punktu informacyjnego) i zapytać, czy faktycznie owa jednostka jest jego nadawcą. Jeżeli okaże się, że nie, wówczas tamtejsze służby z pewnością postarają się dowiedzieć, kto się pod nie podszywa. Sprawdzą choćby, do kogo należy rachunek bankowy, którego numer widnieje na załączonym blankiecie przekazu pocztowego. Tą ścieżką ma właśnie podążyć polska policja, do której kierowca ze Śląska zwrócił się ze swoim problemem.

Zobaczymy, co z tego wyniknie, choć bardzo możliwe, że Artur Sz. nie jest celem oszustów, lecz ofiarą pomyłki, wynikającej na przykład z niedoskonałości systemu automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych samochodów sprawców wykroczeń drogowych, rejestrowanych przez fotoradary (o ile oczywiście taki jest w Niemczech używany). "BB" rzeczywiście przypomina nieco "88"...      

Tak czy inaczej warto poważnie traktować mandaty przysyłane z zagranicy w ramach współpracy służb z państw Unii Europejskiej. Czytać nadchodzące w takich sprawach pisma i przestrzegać terminów odwołań. Kto je zlekceważy uznając, że nie ma się czym przejmować, albo że nastąpiła ewidentna pomyłka, wcześniej czy później będzie musiał pofatygować się do sądu.

Taki los spotkał mieszkańca Pisarzowic, który przed dwoma laty, w czerwcu 2016 r., otrzymał z holenderskiego urzędu zawiadomienie o nałożonej na niego karze za złe parkowanie. Z datą, godziną i miejscem, gdzie popełnił to wykroczenie. "Problem w tym, że ja nigdy w Holandii nie byłem, nigdy nikomu nie pożyczałem samochodu" - wyjaśniał lokalnym mediom Sławomir G. Dlatego zignorował i to pismo, i kolejne, które przychodziły z kraju tulipanów. Z informacją o stale rosnącej należności.

Kierowca był przekonany, że padł ofiarą oszustwa, ale polska policja stwierdziła, iż jest w tej sprawie bezradna. Wreszcie kierowca z Pisarzowic otrzymał wezwanie do sądu w Brzegu, który miał wyegzekwować karę. Sąd wysłuchał wyjaśnień Sławomira G., lecz wniosek "zagranicznego organu" odrzucił ze względów formalnych - brak peselu i daty urodzenia rzekomego sprawcy wykroczenia. Wyrok zapadł 19 kwietnia. Jednocześnie prezes sądu przyznała, że przy odczytywaniu numerów rejestracyjnych samochodów "mogą zdarzać się błędy i tego nie unikniemy".

***

Z ostatniej chwili: Artur Sz. z pomocą kogoś, kto dobrze zna język niemiecki, skontaktował się z Frau Becker z komendy policji w Speyer. Okazało się, że mieliśmy rację. To nie była próba oszustwa, lecz błąd automatycznego systemu identyfikacji sprawców wykroczeń drogowych. Sprawa już została wyjaśniona. Jak widać, technika stosowana w Niemczech, najbardziej motoryzacyjnie rozwiniętym państwie w Europie, też potrafi być zawodna. Z drugiej strony, żeby nie rozpoznać po tablicy rejestracyjnej kraju pochodzenia uchwyconego przez fotoradar samochodu...


Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl
przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony