Największe kłamstwo ostatnich lat?

Dwa dni siarczystego mrozu wystarczyły, by rozprawić się z głoszonymi przez miejskich aktywistów dogmatami dotyczącymi smogu. Analiza jakości powietrza w Polsce nie pozostawia złudzeń - wpływ samochodów na to zjawisko można wręcz uznać za marginalny!

Zdjęcie

/JAKUB WOSIK/REPORTER /Agencja SE/East News
/JAKUB WOSIK/REPORTER /Agencja SE/East News

Śledząc publikacje stowarzyszeń takich jak chociażby warszawskie Miasto Jest Nasze czy Zielone Mazowsze można odnieść wrażenie, że zmotoryzowani odpowiadają dziś za całe zło tego świata. Jeden z głoszonych przez aktywistów miejskich dogmatów dotyczy wpływu samochodów na jakość powietrza w obszarach zabudowanych. Od lat mówi się chociażby o dramatycznym wpływie na smog spalin silników wysokoprężnych. Postulowane coraz częściej ograniczenie prędkości do 30 km/h zminimalizować ma m.in. niekorzystne zjawisko tzw. "unosu wtórnego", czyli podrywania przez jadące pojazdy zgromadzonego na jezdni pyłu z opon czy elementów ciernych układu hamulcowego.

Problem w tym, że antysamochodowa krucjata cyklicznie nie wytrzymuje starcia z zimą. Nie jest przecież tajemnicą, że minusowe temperatury w pierwszej kolejności wyłączają z ruchu właśnie znienawidzone kopcące diesle, a zjawisko unosu wtórnego zimą, gdy pył z opon wiązany jest przecież śniegiem, praktycznie nie istnieje. Skoro więc - wraz z nastaniem mrozów i opadów śniegu - natężenie ruchu samochodowego w miastach skokowo spada, można by się spodziewać, że ataki zimy skutkować powinny skokową poprawą jakości powietrza w polskich miastach. Powinny, ale nie skutkują. Sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Reklama

Jak wynika z danych monitorującego jakość powietrza serwisu "airvisual.com", w poniedziałek rano, gdy przez Polskę przetoczyła się fala siarczystego mrozu, Wrocław przez kilka godzin dzierżył miano miasta z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem na świecie! W ciągu dnia stolica Dolnego Śląska spadła na 2. miejsce światowego zestawienia. Do pierwszej dziesiątki, na 7. pozycję, wskoczyła za to Warszawa.

Jak donoszą lokalne media, o godzinie 3:00 w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy ruch samochodowy we Wrocławiu praktycznie zamarł, na stacji pomiarowej przy ul. Korzeniowskiego poziom pyłu zawieszonego osiągnął aż 140 mikrogramów na metr sześcienny. Oznacza to trzykrotne przekroczenie normy dziennej i ponad czterokrotne średniej rocznej!

Na dramatyczny wynik Wrocławia zwróciła uwagę m.in. lokalna Gazeta Wyborcza, której redaktorzy pochwalili Kraków m.in. za aktywną politykę dotyczącą wymiany pieców węglowych i zauważali, że stolica Małopolski postawiła również na: "ograniczanie ruchu aut, np. przez wyznaczanie dodatkowych pasów ruchu dla rowerów na jezdni". Wrocław, jak można domniemać, na ograniczenie ruchu aut nie postawił, więc o 3:00 w nocy normy na Korzeniowskiego przekroczono trzykrotnie.

Niewiele lepiej było też we wtorek, 19 stycznia. Wprawdzie Polska nie dominowała już pierwszej dziesiątki światowego zestawienia, ale normy przekroczone były m.in. w: Warszawie, w Białymstoku czy Lublinie. Jak donosiła Polska Agencja Prasowa, w Białymstoku po godz. 10 stężenie PM10 wynosiło 141,0 µg/m3, w Gdyni 126,5 µg/m3, a w Lublinie 130,3 µg/m3. Zakładamy, że było to oczywiście wynikiem usilnych prób uruchomienia przez kierowców zdezelowanych diesli i w żaden sposób nie korelowało to z temperaturami na ścianie wschodniej, gdzie w wielu miejscowościach termometry wskazywały poniżej -10 stopni Celsjusza. Przykładowo - w nocy z niedzieli na poniedziałek - temperatura przy gruncie sięgała w Białymstoku - 33 stopnie Celsjusza!

Nasze przypuszczenia potwierdzają władze stolicy, które apelowały we wtorek m.in. by "zrezygnować z podróży samochodem i skorzystać z transportu publicznego". Widać pył zawieszony w skutej mrozem Warszawie (-10 stopni Celsjusza) nie pochodzi wcale z pieców węglowych lecz rur wydechowych diesli, które przestały odpalać...

Bardzo ciekawie, zwłaszcza w kontekście elektrycznej rewolucji w motoryzacji, kształtuje się też analiza danych dostarczonych przez Polskie Sieci Energetyczne S.A. - operatora systemu przesyłowego energii elektrycznej. Firma potwierdziła, że w poniedziałek padł w naszym kraju historyczny rekord zapotrzebowania na moc. O 10:45 było to aż 27 380 MW. Wartość przekraczająca 27 000 MW utrzymywała się w całym okresie szczytu porannego. Poprzedni rekord - 26 817 MW - padł kilka tygodni temu. 10 grudnia 2020 roku wynosił on 26 817 MW. Warto dodać, że - by sprostać poniedziałkowemu zapotrzebowaniu - "saldo wymiany transgranicznej" (prąd przesyłany z zagranicy) wynosiło 834 MW. Cała krajowa fotowoltaika wygenerowała w szczytowym momencie 700 MW, a farmy wiatrowe - 300-450 MW. W sumie "zielona" energia zapewniła więc 1150 MW, czyli nieco ponad 4,2 proc. zapotrzebowania...

PSE uspokajają, że "pomimo dużego zapotrzebowania cały system pracował stabilnie". To - doprawdy - pocieszające zwłaszcza, że mówimy o pierwszym tegorocznym ataku zimy, który - jak do tej pory - trwał zaledwie dwa dni. Pocieszające jest również to, że wg najnowszych danych po polskich drogach porusza się ponad 10 tys. samochodów elektrycznych. Strach pomyśleć, co by było, gdyby - w myśl ambitnych planów rządu - niedługo było ich już milion...

W tym miejscu warto również dodać, że cała Europa galopem przesiada się właśnie na produkowane m.in. w Polsce - elektryczne autobusy miejskie. Ciekawe, jak za kilka lat wyglądać może w Polsce funkcjonowanie opartego o nie transportu publicznego po czterech dniach siarczystych mrozów?

Paweł Rygas

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony