Nowy atak na kierowców. Droższe parkingi, płatne także w weekend

Wtorek, 29 stycznia 2013 (14:31)

Włodarze dużych miast jak mogą starają się zachęcać zmotoryzowanych mieszkańców, by nie wjeżdżali samochodami do ich centrów. Zachęcanie odbywa się zazwyczaj przez zniechęcanie.

Zdjęcie

Trwają już prace nad nowelizacją ustawy o drogach publicznych, która pozwoli podwyższyć maksymalne stawki opłat za parkowanie /Fot: Maciej Smulczyński  /East News
Trwają już prace nad nowelizacją ustawy o drogach publicznych, która pozwoli podwyższyć maksymalne stawki opłat za parkowanie
/Fot: Maciej Smulczyński /East News

Jedną z najpopularniejszych metod jest tzw. uspokajanie ruchu, polegające na tworzeniu stref zamkniętych dla pojazdów nieuprawnionych (tak się jakoś przy tym składa, że auta radnych i ważnych miejskich urzędników należą z reguły do tych uprawnionych...), obszarów płatnego parkowania oraz komplikowaniu układu drogowego. Niestety, kierowcy są uparci - nie zważając, że tracą czas i benzynę, tak długo kluczą jednokierunkowymi uliczkami, aż wreszcie, choć często bardzo okrężną trasą, dotrą do celu. Trzeba ich zatem uderzyć dodatkowo po kieszeni. Ponoć trwają już prace nad nowelizacją ustawy o drogach publicznych, która pozwoli podwyższyć maksymalne stawki opłat za parkowanie i dowolnie określać ich wysokość za postój w kolejnych godzinach (obecnie jest to limitowane). Przepisy mają także pozwolić na pobieranie kasy za bezpłatny dotychczas postój w weekendy.

Królewskie miasto, królewskie dziury!

Droga Redakcjo! Przesyłam wam zdjęcie, które zrobiłem na przystanku MPK w Krakowie o nazwie "Narzymskiego". czytaj więcej

Władze samorządowe oczywiście przyklasnęły tym planom. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz stwierdziła, że aktualnie obowiązująca taryfa za parkowanie w płatnych strefach zniechęca pasażerów do korzystania z komunikacji zbiorowej. Zapomniała dodać, że sama się do tego przyczyniła, drastycznie podwyższając ceny przejazdów środkami transportu publicznego. Bilet jednorazowy w stolicy kosztuje od 1 stycznia 4,4 zł, czyli ponad 1 euro. Tak można bawić się bez końca - gdy ostro pójdą w górę opłaty za parkowanie, pojawi się pretekst do wzrostu cen biletów MZK. Itd.

Reklama

W Krakowie jest nieco taniej niż w Warszawie, ale tu też trwa dyskusja, jak skłonić mieszkańców, by w podróżach po mieście przestali korzystać z samochodów. Przeciwnicy indywidualnej motoryzacji mają pretensje, że wraz z budową nowej linii tramwajowej na osiedle Ruczaj zmodernizowano prowadzącą wzdłuż niej ulicę. Została ona poszerzona, otrzymała dobrą nawierzchnię. Jeździ się nią wygodnie i w miarę szybko, przez co, zdaniem krytyków, urządzony obok pętli parking "park and ride", na którym ludzie zmierzający w kierunku centrum miasta mieli zostawiać swoje auta i przesiadać się do tramwaju, świeci pustkami. Rozumując w ten sposób należałoby w ogóle zrezygnować z remontowania ulic, łatając dziury jedynie na buspasach, dzięki czemu najpóźniej po dwóch zimach żaden rozsądny właściciel samochodu nie odważyłby się ruszyć nim spod domu i ruch w mieście zostałby ostatecznie "uspokojony".

Teraz antysamochodowi aktywiści mają następny cel - nalegają, by przy okazji remontu ul. Mogilskiej, ważnej arterii łączącej Nową Hutę ze starym Krakowem, zwęzić ją z obecnych dwóch do jednego pasa w obu kierunkach. Za takim rozwiązaniem opowiada się m.in. Bartosz Piłat z lokalnego dodatku do "Gazety Wyborczej" ("Zwężanie Mogilskiej jak stawianie jajka w pionie"). Wyśmiewa wysuwany przez urzędników magistrackich argument, że zwężenie Mogilskiej obniżyłoby średnią prędkość komunikacyjną w mieście o 2,7 proc. "Zamiast średniej prędkości 25 km/godz. pojedziemy... niech pobieżnie policzę - 24 km/godz.! Szokujący spadek średniej prędkości" - ironizuje autor. Przypomina to szyderstwa z naukowców, alarmujących, że średnia temperatura w oceanach wzrosła w ciągu 20 lat o 0,5 st. Celsjusza. "Pół stopnia? I to ma być owo katastrofalne ocieplenie klimatu?" - kpią laicy, nie rozumiejąc, że nawet tak minimalna z naszego punktu widzenia zmiana może przynieść nieobliczalne skutki.

Zdjęcie

Kraków, ulica Mogilska. Fot. Street View /
Kraków, ulica Mogilska. Fot. Street View
/

Cytat

Wielu przeciwników samochodów patrzy na problemy komunikacji w mieście z punktu widzenia zdrowych, sprawnych fizycznie dwudziestoparolatków, mających dużo czasu i niewiele obowiązków. Wyobraźmy sobie jednak matkę dwojga dzieci, która musi zdążyć do pracy na 7.30, wcześniej odwieźć jedno dziecko do przedszkola, drugie do szkoły, po południu je odebrać, zrobić zakupy a potem jeszcze odwiedzić chorego ojca na drugim końcu miasta. Powinna jeździć tramwajem? Przesiąść się na rower? A może wędrować na piechotę, bo tak jest

Również zmniejszenie średniej prędkości jazdy po mieście o 1 km/godz. może pozornie wydawać się zupełnie nieistotne. Właśnie: pozornie. Poza tym nic w przyrodzie nie ginie. Kierowcy wyrzuceni z Mogilskiej pojadą innymi trasami, zwiększając ich zatłoczenie. Już widzę zachwyt mieszkańców tych rejonów Krakowa, w których z dnia na dzień pojawi się znacznie więcej niż dotychczas samochodów. Na pewno ukoi ich myśl, że przynajmniej ci z domów w okolicach  Mogilskiej mają teraz spokojniejsze życie...

Bartosz Piłat i tu oczywiście ma pomysł: tramwaje. "Niewytwarzające spalin maszyny, które przewożą 100, 200 osób naraz. Tysiące dziennie. Co by było, gdyby wszyscy ci pasażerowie wsiedli do aut? Wyobraźmy sobie, jaki to byłby korek." A może odwróćmy tok myślenia i zastanówmy się, jak wyglądałyby tramwaje i miejskie autobusy, gdyby wsiedli do nich ci, którzy dziś na co dzień jeżdżą samochodami. Zwłaszcza, że władze Krakowa z oszczędności zreorganizowały ostatnio sposób funkcjonowania komunikacji publicznej: zmieniły tradycyjne trasy wielu linii i częstotliwość kursowania pojazdów, zmuszając pasażerów do licznych przesiadek.

Dzięki ulicznym korkom możemy być po prostu lepsi

​Poinformowano, że najbardziej zakorkowanym miastem w Europie jest Warszawa. Zmotoryzowany mieszkaniec Rzymu, które to miasto znalazło się we wspomnianym zestawieniu na trzecim miejscu, traci codziennie w ulicznych korkach średnio 105 minut, najwięcej we Włoszech. Chcielibyśmy skupić się na... czytaj więcej

Dziennikarz "GW" idzie w swoich postulatach jeszcze dalej, przywołując przykład francuskiego Strasburga,  który wdraża program rozwoju komunikacji... pieszej. "Założenie (...) jest takie, by za jakiś czas podróże na odległość do 2 km odbywały się wyłącznie na piechotę (...). Tak jest taniej, bezpieczniej, czyściej, zdrowiej i bardziej przyjemnie dla mieszkańców (...). Będą i auta, tyle że będą musiały zwolnić, a na ulicach o dopuszczalnej prędkości 50 km/godz. mniej więcej co 100 m będą się musiały zatrzymywać na pasach dla pieszych". Chyba przed pasami, ale i tak fajnie...

Wielu przeciwników samochodów patrzy na problemy komunikacji w mieście z punktu widzenia zdrowych, sprawnych fizycznie dwudziestoparolatków, mających dużo czasu i niewiele obowiązków. Wyobraźmy sobie jednak matkę dwojga dzieci, która musi zdążyć do pracy na 7.30, wcześniej odwieźć jedno dziecko do przedszkola, drugie do szkoły, po południu je odebrać, zrobić zakupy a potem jeszcze odwiedzić chorego ojca na drugim końcu miasta. Powinna jeździć tramwajem? Przesiąść się na rower? A może wędrować na piechotę, bo tak jest "zdrowiej i przyjemniej"?

To typowa europejska przypadłość: wszystko co się da regulować, normować, obwarowywać przepisami... A może by tak zostawić jednak ludziom pewien margines wolności: niech jeżdżą tramwajami (co sam też bardzo często czynię) i rowerami, chodzą pieszo, ale jeżeli mają na to ochotę - własnymi samochodami, siedząc w cieple i słuchając radia. Zadaniem władz powinno być sprawienie, by z każdej z tych form komunikacji dało się skorzystać w miarę możliwości bezproblemowo i wygodnie.

 

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Autor: