Nowy podatek dla właścicieli elektryków. Władze Australii chyba ich nie lubią...

Jeżeli szczerze nienawidzisz współczesnej motoryzacji i na sam dźwięk słów "samochód elektryczny" dostajesz gorączki, mamy rozwiązanie. Wystarczy, że przeprowadzisz się do Australii. Polityka lokalnych władz od dłuższego czasu budzi oburzenie fanów elektryfikacji i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić!

Zdjęcie

/
/

W 2018 roku w internecie furę robiło zdjęcie stacji ładowania samochodów elektrycznych wyposażonej w potężny generator prądotwórczy napędzany silnikiem Diesla. W Australii tego typu abstrakcje nie są wcale niczym szczególnym. Mówimy przecież o ogromnym powierzchniowo kraju, który tylko w niewielkim procencie pokryty jest siecią energetyczną. Najnowsze zdobycze cywilizacji dostępne są właściwie wyłącznie w największych skupiskach ludności pokroju Sydney, Melbourne czy Brisbane. Pozostałą część kraju zdominowana jest przez naturę, która nie kłania się ani elektryczności, ani motoryzacji...

Nie ulega wątpliwości, że w takich warunkach stacje ładowania elektryków korzystające z generatorów Diesla są nie tylko wielokrotnie tańszą, ale też zdecydowanie pewniejszą opcją niż próba doprowadzenia na miejsce i utrzymania w sprawności sieci elektrycznej. A skoro już doszliśmy do wniosku, że w Australii elektromobilność rodzi aż takie problemy, nie powinno być zaskoczeniem, że do podobnych wniosków doszły też lokalne władze...

Reklama

Wielu producentów nie kryje żalu do australijskich władz o to, że w żaden sposób nie partycypują one w kosztach zakupu samochodów elektrycznych. Mówiąc wprost, entuzjaści elektromobilności w Australii nie mają co liczyć nie tylko na żadne państwowe dopłaty, ale też inne realne wsparcie pokroju darmowego parkowania itp. Co więcej, wiele wskazuje na to, że wkrótce będą też musieli ponosić dodatkowe koszty!

Na taki pomysł wpadły właśnie władze stanu Wiktoria. Ponieważ w Australii, tak samo jak w Polsce, podatek drogowy wliczony jest w cenę paliwa, właściciele elektrycznych aut w żaden sposób nie dorzucają się do utrzymania czy rozwoju sieci drogowej. Mówiąc wprost - w stosunku do pozostałych kierowców śmiało można ich nazwać pasożytami...

Z tego względu władze stanowe wpadły na pomysł opodatkowania elektrycznych pojazdów kwotą 2,5 centa za każdy przejechany kilometr. To i tak stosunkowo niewielka stawka. Dla porównania właściciele samochodów benzynowych dorzucają do państwowej kasy 42,7 centa za każdy zatankowany litr paliwa. Warto dodać, że Australijczycy - łagodnie rzecz ujmując - nie pałają powszechną miłością do pojazdów elektrycznych, co znajduje odzwierciedlenie w postawie władz. W ubiegłym roku w całej Australii zarejestrowano jedynie 6,9 tys. samochodów na prąd. To zaledwie 0,7 proc. ogółu rejestracji nowych aut.

Poczynania Australijczyków rozpalają do białości fanów samochodów elektrycznych. Wyrazem tego jest m.in. kampania społeczna mająca na celu storpedowanie pomysłu władz Wiktorii. Przykład Australii zwraca jednak uwagę na problem, który - w przyszłości - dotknie również wiele europejskich krajów, gdzie - tak samo jak w Polsce - podatek drogowy wliczony jest w cenę paliwa. Nie ulega wątpliwości, że z czasem władze zmuszone będą obcinać kolejne z przywilejów, by zrównoważyć wpływy z podatków przy kurczącej się liczbie samochodów spalinowych.

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony