​Parkowanie. 3 zł za godzinę? Za tanio. Może 5-6 zł?

Kto woli płacić zamiast mieć to za darmo? Hm... Lasu rąk jakoś nie widać... A kto lubi marnotrawić czas i paliwo, a więc pieniądze, krążąc w poszukiwaniu wolnego miejsca parkingowego? Też trudno byłoby znaleźć entuzjastów takich sytuacji. Tymczasem według władz samorządowych jedno z drugim ma ścisły związek i to nie taki, jakiego życzyliby sobie kierowcy...

Zdjęcie

Czy obecnie parkowanie jest zbyt tanie? /Jan Graczyński /East News
Czy obecnie parkowanie jest zbyt tanie?
/Jan Graczyński /East News
Kraków miastem królów polskich i najbardziej zapchanych ulic

Krakowianie lubią ponarzekać na swoje miasto, ale istnieją przecież dziedziny życia, w których znajduje się ono w ścisłej, nie tylko krajowej, lecz i światowej czołówce. czytaj więcej

Samochody jeżdżą - źle, bo przyczyniają się do zanieczyszczenia powietrza, grożą wypadkami, korkują ulice. Samochody nie jeżdżą - też niedobrze, bo trzeba im zapewnić jakieś miejsca postojowe, a z tym, przy nieustannie rosnącej liczbie aut jest coraz trudniej. Włodarze miast próbują rozwiązać ten problem, tworząc coraz rozleglejsze strefy płatnego parkowania (SPP).

Mają one trzy zadania: po pierwsze, zachęcić mieszkańców do korzystania z komunikacji publicznej, rowerów lub z własnych nóg; po drugie, wymusić szybszą rotację pojazdów w najbardziej zatłoczonych obszarach, sprawiając, że ci, którzy naprawdę nie mogą zrezygnować z poruszania się samochodem, będą mieli większą szansę na znalezienie miejsca do zaparkowania; po trzecie wreszcie, o czym nie lubi się otwarcie mówić, zasilić dodatkowym groszem miejską kasę.

Reklama

Pierwszy z wymienionych celów udaje się po części osiągnąć, ale nie tak, jak założyli sobie pomysłodawcy stref płatnego postoju.

- W dni powszednie jeżdżę samochodem do centrum, bo wiem, że wcześniej czy później, ale w końcu gdzieś auto zaparkuję - mówi jeden z mieszkańców Krakowa, miasta z bodaj największą SPP. - Zapłacę parę złotych, załatwię co trzeba i jadę dalej. W soboty i niedziele, kiedy strefa nie obowiązuje, centrum jest tak zapchane autami, także tymi należącymi do turystów, że znalezienie kawałka wolnego miejsca jest marzeniem ściętej głowy. Wtedy przesiadam się do tramwaju lub autobusu.

Gorzej z zadaniem numer 2, czyli rotacją pojazdów w SPP. Chodzi o to, by nie zostawiać aut na cały dzień, lecz tak jak to czyni zacytowany wyżej kierowca, "załatwić co trzeba i jechać dalej", ustępując miejsca innym potrzebującym.  Niestety, zdaniem przywoływanych przez media samorządowców, zmotoryzowani zamiast stosować się do miejskiej wersji przylotniskowej zasady "kiss and fly", blokują chodniki, zatoczki i pasy przy krawężnikach nieraz przez cały dzień, a powodem tego są zbyt niskie opłaty za postój w SPP.

Ich maksymalna stawka - 3 zł za pierwszą godzinę - została ustalona odgórnie, przez ustawę. I jest rzekomo zbyt niska z uwagi na wymieniony powyżej cel nr 2 (szkodząc tym samym celowi nr 3). W radiowej dyskusji ktoś zwrócił uwagę, że owego górnego limitu nie zmieniano od roku 2003, czyli od czasu, gdy minimalna płaca w Polsce była ponaddwukrotnie niższa niż obecnie. Ktoś inny, z tytułem profesorkim i specjalizacją w dziedzinie komunikacji, stwierdził, że państwo w ogóle nie powinno ograniczać samorządów w zakresie stawek w SPP. Jeszcze ktoś uznał, że "rynkowa" opłata za godzinę postoju w najbardziej zatłoczonych rejonach miast winna wynosić, uwaga: 10-12 zł.  Zapewnił także, że na pewno nie zabraknie kierowców wystarczająco zdeterminowanych, by tyle zapłacić.

Kraków dusi się. Ludzie w maskach. A samochody i piece nadal trują

​Kraków dusi się w smogu. Stacje monitorujące stan atmosfery w mieście notują wielokrotne przekroczenia norm, określających dopuszczalne stężenie tzw. pyłu zawieszonego. Media biją na alarm. Lekarze doradzają ograniczenie aktywności na powietrzu, nie wiadomo dlaczego wciąż nazywanym... czytaj więcej

Niedawno prezydent Krakowa Jacek Majchrowski przedstawił parlamentarzystom z Małopolski propozycję zmian ponad 300 przepisów prawnych. Jedna z nich dotyczyła właśnie możliwości ustalania przez miasto wyższych opłat za parkowanie w SPP. "Gdyby przykładowo w centrum można było wprowadzić opłatę 5-6 zł za godzinę, to zdaniem urzędników i specjalistów zmniejszyłby się ruch na Starym Mieście, a bardziej wypełniłyby się strefy peryferyjne, np. na Grzegórzkach" - czytamy w prasowej relacji z tego spotkania.

Władze Krakowa zaproponowały "eksperyment", czyli zgodę na uwolnienie opłat w strefie na sześć miesięcy. Przez ten czas specjaliści z Politechniki Krakowskiej "prowadziliby ciągły monitoring zmian w zachowaniach komunikacyjnych". A po okresie próbnym zostałyby opracowane wnioski i rekomendacje przydatne w podejmowaniu decyzji w skali całego kraju.

Cóż, podobne "eksperymenty", polegające na podnoszeniu różnego rodzaju cen, opłat i podatków mają w Polsce długą historię i nie zawsze kończyły się one dobrze dla "eksperymentatorów".

Na koniec przyjrzyjmy się bliżej jednemu z argumentów podnoszonych przez samorządowców. Twierdzą oni mianowicie, że przy obecnych stawkach opłat za postój w strefie płatnego parkowania wielu kierowców dojeżdża do pracy samochodami, pozostawiając je na cały dzień w ogólnodostępnych miejscach. Policzmy, na przykładzie Krakowa. Zgodnie z przepisami, pierwsza godzina postoju kosztuje tutaj 3 zł, druga - 3,50 zł, trzecia - 4,10 zł, a następne znowu po 3 zł. Zostawiając zatem auto na 8 godzin zapłacimy w parkomacie 25,60 zł. W ciągu miesiąca, zakładając 22 dni robocze - 563 zł. Nikt rozsądny nie zdecyduje się na takie rozwiązanie, skoro za 250 zł można kupić na miesięczny abonament.

A zatem pudło, mości panowie...    

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony