Potrafisz sam dostać się do żarówki w aucie? A urzędniczki potrafiły

Pamiętacie nieszczęsną urzędniczkę skarbówki, główną bohaterkę słynnej "prowokacji bartoszyckiej"? Niedawno spotkały ją kolejne kłopoty. Oto policja postanowiła postawić ją przed sądem za jazdę samochodem z niesprawnym oświetleniem. Sprawa nie jest jednak do końca jasna.

Zdjęcie

/INTERIA.PL
/INTERIA.PL
Zwrot akcji w "żarówkowej prowokacji". Kara dla urzędniczki?

Policja w Bartoszycach wysłała do sądu rejonowego wniosek o ukaranie urzędniczki, która do warsztatu samochodowego miała dojechać nienależycie wyposażonym samochodem. W aucie brakowało żarówki, a kontrolerkom ze skarbówki potrzebna ona była do prowokacji. czytaj więcej

O tej historii słyszeli chyba wszyscy, którzy interesują się motoryzacją oraz problematyką podatkową. Jeżeli komuś mimo wszystko umknęła - przypominamy.

W listopadzie ubiegłego roku Joanna L., podróżująca samochodem w towarzystwie koleżanki, podjechała do warsztatu w Sędławkach, niewielkiej wsi w województwie warmińsko-mazurskim. Powiedziała, że w jej toyocie nie świeci tylne postojowe i poprosiła o pomoc. Serwis nie prowadzi sprzedaży  części zamiennych, ale jego pracownik okazał dobre serce i zainstalował w aucie Joanny L. własną żarówkę, za co zażyczył sobie 10 złotych. Ponieważ kasa była już zamknięta - nie wystawił paragonu fiskalnego. Wtedy obie panie wyjęły legitymacje służbowe Urzędu Skarbowego w Bartoszycach i oznajmiły, że nakładają na uczynnego mechanika grzywnę w wysokości 500 zł.

Reklama

Mężczyzna mandatu nie przyjął, więc sprawa trafiła do sądu, który uznał winę pracownika warsztatu, ale odstąpił od wymierzenia mu kary. Ocenił, że postępowanie obwinionego może zasługiwać na "częściowe zrozumienie". Wykazał się on bowiem chęcią udzielenia pomocy dwóm podróżującym kobietom, oczekując w zamian jedynie symbolicznej opłaty, dużo niższej od normalnej ceny takiej usługi.

Urzędniczki skarbówki z Bartoszyc zostały obśmiane przez media w całej Polsce, a incydent z ich udziałem stał się przytaczanym często przykładem bezduszności fiskusa i absurdów, wynikłych ze zbyt dosłownego traktowania prawa.

Na tym jednak nie koniec, ponieważ policja postanowiła dobrać się do portmonetki Joanny L. i skierowała wniosek do sądu, domagając się ukarania kobiety za kierowanie na drodze publicznej pojazdem z niesprawnym oświetleniem.  

Czy w ASO psują samochody? Odpowiedź może cię zdziwić...

Wielu właścicieli samochodów bezgranicznie ufa producentom pojazdów i ściśle stosuje się do zaleceń serwisowych. Niestety - bezrefleksyjne przestrzeganie zaleceń producenta potrafi diametralnie skrócić czas bezawaryjnej eksploatacji naszego pojazdu... czytaj więcej

Sąd Rejonowy w Bartoszycach umorzył postępowanie w tej sprawie. "(...) Z  zebranego (...) materiału dowodowego wynika, że faktycznie Joanna L. będąc właścicielem samochodu osobowego marki Toyota, dopuściła się prowadzenia wskazanego pojazdu na drodze publicznej wiedząc, że jej pojazd nie jest należycie zaopatrzony w wymagane urządzenia, w tym przypadku w żarówkę tylnej lampy. Sąd zwrócił jednak uwagę, że obwiniona bezpośrednio po zauważeniu braku żarówki udała się do profesjonalisty (tj. do mechanika posiadającego zakład w najbliżej położonej od swojego ówczesnego położenia miejscowości) w celu uzupełnienia tego braku. Sąd Rejonowy w takim zachowaniu obwinionej nie dopatrzył się społecznej szkodliwości czynu" - czytamy w komunikacie na ten temat, wydanym przez Sąd Okręgowy w Olsztynie.

Sprawa, jak już wspomnieliśmy na wstępie, nie jest do końca jasna.

Wydarzenia w Sędławkach powszechnie obwołano prowokacją. Słowo to jednoznacznie wskazuje, urzędniczki skarbówki działały w sposób z góry zaplanowany. Celowo usunęły z tylnej lampy toyoty żarówkę (swoją drogą jej brak powinien dać pracownikowi warsztatu do myślenia) lub wymieniły ją na spaloną. Czy uczyniły to samodzielnie (za co skądinąd należą się im słowa uznania, bowiem wykazały się w ten sposób umiejętnościami niedostępnymi dla wielu innych kierowców, niezależnie od płci)? A może ktoś im w tej operacji pomógł, co mogłoby stać się podstawą do oskarżenia o rozmyślne uszkodzenie samochodu i spowodowanie tym samym zagrożenia w ruchu drogowym? No i kiedy to nastąpiło? W Bartoszycach? A może przed samym wjazdem do serwisu?

W takim przypadku zarzut o kierowanie niesprawnym pojazdem byłby raczej nieuzasadniony lub co najmniej naciągany.

Rodzi się także pytanie, dlaczego przedmiotem podstępu stał się właśnie wiejski mechanik z Sędławek? Przypadek czy też może urząd skarbowy w Bartoszycach miał wcześniej cynk, że w tamtejszym warsztacie dochodzi do nieprawidłowości i postanowił to sprawdzić?

Czy 500-złotowy mandat rzeczywiście zrekompensowałby wysiłek włożony w owo sprawdzenie? Zaangażowanie dwóch urzędniczek i zorganizowanie wyprawy rozmyślnie uszkodzonym prywatnym samochodem poza miasto... 

Jeszcze raz przytoczmy fragment zacytowanego wyżej komunikatu: "Sąd zwrócił jednak uwagę, że obwiniona bezpośrednio po zauważeniu braku żarówki udała się do profesjonalisty (tj. do mechanika posiadającego zakład w najbliżej położonej od swojego ówczesnego położenia miejscowości) w celu uzupełnienia tego braku." Przecież takie sformułowanie kłóci się z podejrzeniem o wyrafinowaną intrygę! Wyraźnie sugeruje, że urzędniczki niczego nie knuły, nie manipulowały też przy lampie toyoty. Po prostu gdy zauważyły w drodze, że nawaliła żarówka, podjechały do najbliższego warsztatu. Kiedy zorientowały się, że mechanik nie wystawił im paragonu, uznały, że muszą spełnić służbowy obowiązek i...

Dalszy ciąg znamy. Jeżeli taki właśnie przebieg miały wydarzenia z 24 listopada, 2017 r., wówczas można mówić o urzędniczej nadgorliwości, ale na pewno nie o prowokacji.   

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony