Sąsiad twój wróg!

Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że jesteśmy narodem ignorantów, zadymiarzy i zapatrzonych w siebie gburów. Granice naszej tolerancji kończą się przeważnie na grubej ścianie, oddzielającej nas od głupich sąsiadów, czyli motłochu.

Zdjęcie

Tolerancja po Polsku
/poboczem.pl
Empatia to słowo, które większości kojarzy się z jakąś tropikalną chorobą, nic nie sprawia nam większej satysfakcji, jak cudze nieszczęście.

To prawda, niestety rzeczywistość jest brutalna i na chamstwo skutecznie odpowiedzieć można jedynie chamstwem. Zdarzają się sytuacje, kiedy nawet najbardziej kulturalnym obywatelom puszczają nerwy. Każdy z kierowców ma chyba swojego osobistego wroga nr. 1. A to sąsiad bezczelnie parkuje na "moim" miejscu, a to jakiś półgłówek notorycznie zastawia nas na parkingu pod pracą, lub jeszcze inny, opuszczając rano swój bolid, stale obija drzwi od naszego. Jak z tym walczyć? Cóż...

Reklama

Jeśli subtelne prośby, spływają po delikwencie jak śnieg na wiosnę, nie pozostaje nam nic innego, jak wytoczyć najcięższe działa. Gdy zawiedzie dyplomacja przychodzi czas wojny. Totalnej.

Istnieje kilka sprawdzonych sposobów, by beztroskiemu dotychczas życiu naszego cwaniaczka, dodać odrobinę pikanterii. Oczywiście każdy z tych sposobów wiąże się poniekąd z ingerencją w cudzą własność, trzeba więc uważać, by przypadkiem nie dać się złapać. W przeciwnym razie staniemy się bohaterem najnowszej konferencji prasowej ministra Ziobry podnosząc statystyki skuteczności sądów 24 godzinnych.

Najbezpieczniej będzie dać "na lody" dzieciakom z podwórka, które grając w piłkę pokręcą się trochę koło fury delikwenta. By dysponować wiernym szwadronem nieletnich komandosów, wystarczy szepnąć na odprawie, że jeśli tylko puszczą parę z gęby, podkabluje się ich rodzicom, że palą papierosy...

Trzeba pamiętać, by kara była adekwatna do winy, i by nie wyrządziła nam więcej szkód niż korzyści. Jeśli parkującemu na "naszym" miejscu przetniemy np. opony, możemy być pewny, że nie ruszy się z niego przez następne kilka dni. Nie o to nam przecież chodzi! Zresztą spuszczanie powietrza, podpisywanie się gwoździem na masce, czy wręcz - najbardziej chyba brutalna - wbicie śrubokręta w dach to iście prostackie i barbarzyńskie metody. Ludzi na poziomie stać przecież na coś zdecydowanie bardziej pomysłowego!

Oto dwa, naszym zdaniem, dwa najlepsze (i najtańsze) patenty, by nawet najbardziej opornego delikwenta oduczyć złych nawyków. Rozpoczynamy operację o kryptonimie "sabotaż".

Pryzpadek 1.

Obijanie drzwi...

Jeśli co rano znajdujemy na swoich drzwiach kolejne wgniecenie i resztki lakieru z samochodu sąsiada, jest pewien sposób, by poradzić sobie z tym problemem. Nie pochwalamy żadnej formy przymusu czy ingerencji w cudze mienie, więc żadnego ze sposobów nie sprawdzaliśmy "na własnej skórze" niemniej liczne wypowiedzi z przeróżnych forów internetowych dowodzą jego100% skuteczności.

Niestety trzeba będzie ponieść pewne nakłady. Na szczęście, inwestycja powinna zamknąć się w jakiś 2 zł. Trzeba tylko pamiętać, by w dzień zamachu nie parkować swojego auta w pobliżu wozu ofiary. Plan jest dziecinnie prosty i brutalnie skuteczny. Narzędziem zbrodni, w tym przypadku, staje się zakupiony w pobliskim kiosku klej typu "super glue". Wredniejsi powinni zaopatrzyć się w 2 tubki, co może odrobinę zwiększyć koszty.

Co z nim zrobić? Wystarczy, że pod osłoną nocy uda nam się wcisnąć odrobinę kleju pomiędzy uszczelki, a drzwi kierowcy...

Możecie być pewni, że rano, gdy delikwent nonszalancko szarpnie za drzwi, na jego twarzy wymaluje się nieukrywane zdumienie. Otwarcie auta zajmie mu pewnie z 10 minut, niestety uszczelki raczej nie zachowają swojej dotychczasowej formy (ich koszt może nawet sięgać 2 tys zł). Metoda jest brutalna ale nasz cwaniaczek na pewno nauczy się, że z drzwiami trzeba się obchodzić delikatnie.

Jest jeszcze druga, równie destrukcyjna, odmiana tej metody. Dotyczy ona jednak samochodów, w których drzwi otwiera się "z kluczyka". W takim przypadku należy wcisnąć nieco kleju do wkładki zamka drzwi kierowcy. Jeśli lepiszcze okaże się wystarczająco dobre, a właściciel wystarczająco tępy bo zamiast siłować się z zamkiem, otworzyć sobie auto od strony pasażera, kluczyk złamie się po jakiś 3 minutach...

Przypadek 2

Wojna totalna

Metoda, którą przedstawiamy zarezerwowana jest na tzw. "dużego zwierza". Jeśli wszelkie próby nawiązania nici porozumienia spełzają na niczym, może się ona okazać jedynym rozwiązaniem. Co więcej, z punktu widzenia prawa, jest ona zdecydowanie bezpieczniejsza. W gruncie rzeczy nie powoduje także jakiegokolwiek uszkodzenia pojazdu. Już prędzej jego skażenie.

Sposób jest bardzo przebiegły i brutalnie skuteczny. Koszt operacji, w zależności od jakości użytego "narzędzia" waha się w granicach 1,50 - 2,5 zł. Jedyne, czego będziemy potrzebować, to litr, najzwyklejszego pod słońcem mleka.

Jedyne, co należy zrobić, to umieścić odrobinę tego życiodajnego płynu w przewodach wentylacyjnych samochodu. Zazwyczaj wystarczy wylać mleko na podszybie lub maskę, gdzie przeważnie znajdują się kanały czerpiące powietrze. Jeśli operacji tej dokonamy np. w czasie deszczu, nie pozostawi ona po sobie żadnych śladów. Prócz, rzecz jasna, potwornego odoru, jaki po niedługim czasie przywita znienawidzonego właściciela.

Pozbycie się nieprzyjemnego zapachu jest niezwykle trudne, możecie być pewni, że co najmniej przez tydzień, kierowca nie odważy się pojechać nim do pracy, chyba że wcześniej zdążył się już zaopatrzyć w maskę przeciwgazową.

Przypominamy, że przedstawione tutaj informacje mają jedynie charakter motoryzacyjnych ciekawostek, i nie służą temu, by uprzykrzać innym życie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony