Stare diesle uratowały Warszawę. Ale już niedługo!

W czasie ubiegłorocznego Krajowego Forum Miejskiego Ministerstwo Klimatu i Środowiska przedstawiło strategię dotyczącą ekologicznego rozwoju gmin. Jeden z jej punktów zakłada, że do 2030 roku z centrów miastach liczących powyżej 100 tys. mieszkańców znikną wszystkie spalinowe pojazdy transportu publicznego.

Zdjęcie

Tegoroczny "atak zimy". 8.02.2021 na ulicach Warszawy /MAREK BEREZOWSKI/REPORTER /Agencja SE/East News
Tegoroczny "atak zimy". 8.02.2021 na ulicach Warszawy
/MAREK BEREZOWSKI/REPORTER /Agencja SE/East News

Ambitne ubiegłoroczne plany bezlitośnie zweryfikowała... zima. Przykładem może tu być Warszawa, która padła niedawno ofiarą prawdziwego paraliżu komunikacyjnego. Mróz drastycznie skrócił zasięg elektrycznych autobusów, co sprawiło, że na trasy pilnie wyruszyć musiały stare diesle...

Jak donoszą lokalne media, w sam tylko poniedziałek, 8 lutego, gdy przez stolicę przetoczyła się fala mrozu i opady śniegu, z tras trzeba było odwołać blisko trzydzieści elektrycznych autobusów, które nie były w stanie sprostać rozkładowi. W tym przypadku nie chodziło jednak o ślimacze tempo z jakim odbywał się warszawski ruch, ale konieczność częstszego niż zwykle korzystania z ładowarek.

Reklama

Problemem była nie tylko bardzo niska temperatura, ale też zalegający na jezdni śnieg. W takich warunkach, ze względu na opory, zapotrzebowanie napędu na energię drastycznie wzrasta, co z kolei przekłada się na całkowity zasięg. W niskiej temperaturze spada też pojemność baterii.

Z tego względu autobusy elektryczne "wypadały" z rozkładu i musiały być pilnie zastępowane spalinowymi pojazdami z napędem wysokoprężnym. W sumie w Warszawie eksploatowanych jest obecnie 160 elektrycznych autobusów: 150 solarisów i wozów marki Ursus.

Zimowych problemów z ładowaniem nie da się łatwo rozwiązać. Część mediów, jak np. stołeczna "Gazeta Wyborcza", winą za zaistniałą sytuację obarcza m.in. brak ładowarek na pętlach. Wypada jednak zauważyć, że nawet ich gęsta sieć nie wpływa znacząco na prędkość samego ładowania, które - w zależności od pojemności baterii i mocy samej ładowarki - trwać może od około 180 minut, nawet do 6 godzin! Na taką przerwę w kursowaniu pojazdu nie może sobie pozwolić żaden z przewoźników

​Ktoś tu buja... bo samochody (też) przyczyniają się zapylenia powietrza

Kilka dni mrozów ostatecznie udowodniło, że to nie samochody są źródłem dręczącego nas smogu. Oto bowiem gdy temperatura spadła znacznie poniżej zera, polskie miasta stały się najczarniejszą plamą na mapach, obrazujących rozkład zanieczyszczeń powietrza w Europie, mimo że ruch na drogach wyraźnie... czytaj więcej

Lepszym rozwiązaniem wydają się szybkie ładowarki pantografowe, które są w stanie naładować baterie pojazdu nawet w 15-20 minut. Problem w tym, że ich moc to aż 550A, co oznacza potężne wyzwanie dla regionalnego dostawcy energii. Nie można też zapominać, że wysoki prąd ładowania nie pozostaje bez wpływu na żywotność samych baterii, a stosowanie pantografu w zimie, przy silnym mrozie i obfitych opadach śniegu, może być niewykonalne.

Ubiegłotygodniowy paraliż warszawskich ulic tak zirytował pasażerów komunikacji publicznej, że "do tablicy" wywołano stołecznych urzędników. Ci na łamach lokalnej prasy uspokajali m.in., że żadna z tras nie jest obecnie zależna wyłącznie od pojazdów elektrycznych. Słowem kluczem jest tutaj...  "obecnie". Warto bowiem pamiętać, że - zgodnie z planami władz centralnych - już w 2025 roku przewoźnicy, którzy świadczą usługi na rzecz samorządów lokalnych, będą mogli kupować wyłącznie autobusy "zeroemisyjne". Jak więc wyglądać będzie w polskich miastach zima 2030 roku? Niestety, wiele wskazuje na to, że będziemy mieli o czym pisać...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony