"To nie ja prowadziłem auto. A kto? Nie pamiętam, może znajomy znajomego z Kazachstanu..."

Oto, jak na odchodnym zaskarbić sobie wdzięczność społeczeństwa, a przynajmniej sporej jego części... Rzecznik praw obywatelskich wkrótce pożegna się ze swoją funkcją, lecz zdążył jeszcze wystąpić z wnioskiem o uznanie za niekonstytucyjne przepisów, pozwalających na zatrzymywanie przez starostów, czyli w trybie czysto administracyjnym, prawa jazdy kierowcom, którzy przekroczyli w terenie zabudowanym dopuszczalną prędkość o co najmniej 50 km/godz. W ten sposób poparł stanowisko I prezes Sądu Najwyższego, z którą, jak się zdaje, w innych sprawach nie jest mu specjalnie pod drodze.

Zdjęcie

/
/

Sądząc po komentarzach w Internecie, inicjatywa RPO spotkała się wśród zmotoryzowanych rodaków z powszechnym zadowoleniem. W sumie nic dziwnego. Polak nosi w sobie gen anarchisty i nie lubi, gdy ktoś lub coś ogranicza jego wolność. Warto się jednak zastanowić, jakie skutki przyniesie ewentualne przychylenie się Trybunału Konstytucyjnego do stanowiska pana rzecznika i pani prezes.

Tani i pewny sposób na fotoradar

Gdyby przeciętny kierowca przestrzegał wszystkich obowiązujących przepisów, na podróż z Krakowa do Gdańska musiałby wziąć trzy dni urlopu i zarezerwować co najmniej dwa noclegi. czytaj więcej

W naszych realiach, przy nie zmienianej od wielu lat wysokości mandatów, utrata na trzy miesiące uprawnienia do kierowania pojazdami rzeczywiście może wydać się sankcją niezwykle dotkliwą, zwłaszcza w przypadku kierowców zawodowych lub osób, którym samochód jest niezbędny do pracy. Pamiętajmy jednak, że są kraje, w których za wspomniane na wstępie wykroczenie traci się prawo jazdy na wieki wieków amen lub nawet trafia do więzienia. A więc nie przesadzajmy z utyskiwaniem na nieludzkość polskich przepisów...

Reklama

Jak twierdzą prawnicy, na skuteczność, wychowawcze oddziaływanie kary, wpływa nie tylko jej surowość, ale również, a może przede wszystkim - nieuchronność. Codzienna obserwacja zachowań polskich kierowców, prowadzi do smutnego wniosku, że chociaż liczba dokumentów zatrzymywanych za zbyt szybką jazdę sięga rokrocznie dziesiątków tysięcy, to ryzyko wpadki sprawcy jest znikome. Trudno zatem mówić, że paragrafy, które wzbudziły zastrzeżenia RPO i SN, paraliżują ruch drogowy i życie gospodarcze kraju.

Zdjęcie

/
/

Jak czytamy w komunikacie, opublikowanym przez biuro rzecznika, "RPO od dawna kwestionuje automatyzm takich decyzji na podstawie niezweryfikowanych ustaleń policji i bez wyjaśniania przez starostę, czy w ogóle doszło do wykroczenia i kto był jego sprawcą. Wskazania radarów mogą być bowiem mylne. Obywatele kwestionują też, by to oni kierowali pojazdem w chwili zrobienia zdjęcia fotoradarem". Wspomniany komunikat przytacza również opinię I prezes SN Małgorzaty Manowskiej, wedle której "nadanie de facto policji kompetencji do arbitralnego decydowania o zatrzymaniu prawa jazdy - bez możliwości weryfikacji okoliczności zdarzenia przez organ administracyjny i sądowy - jest nie do pogodzenia z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie prawnym. Kierujący pojazdem nie ma bowiem możliwości ochrony swoich praw; nie może kwestionować prawidłowości pomiaru prędkości."

Taka ocena otwiera szerokie pole do działania cwaniakom i kombinatorom. "To nie ja prowadziłem samochód. A kto? Nie wiem, nie pamiętam, nie znam. Może kolega szwagra ze strony zięcia, a może znajomy znajomego z Kazachstanu..." Doskonale znamy również argument oparty na podważaniu wiarygodności nagrań z wideorejestratorów w radiowozach policyjnych. Owszem, pewnie zdarzają się tu błędy, ale przyjmuję każdy zakład, że stanowią one wyjątek, a nie regułę.

Zdjęcie

/
/

Kwestionowanie obecnego "automatyzmu" i możliwości podejmowania decyzji o zatrzymywaniu prawa jazdy piratom drogowym przez starostów i przekazanie tej kompetencji sądom pozbawiłoby przepisy kolejnej cechy, warunkującej skuteczność i prewencyjną funkcję kary: szybkości jej wymierzania. Znając opieszałość działania przeciążonego wymiaru sprawiedliwości i liczne sposoby na przedłużanie procedur, ewentualny prawomocny wyrok zapadałby zapewne po kilku latach od popełnienia wykroczenia (w sprawie niejakiego Froga, warszawskiego "mistrza kierownicy", nastąpiło to po pięciu latach od otwarcia przewodu sądowego). Taka perspektywa nikogo by już nie odstraszała i nie skłaniała do zdejmowania nogi z gazu. Hulaj dusza, piekła nie ma...

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony