Ustawka ministra Brudzińskiego

Cechą wszystkich służb, czuwających nad bezpieczeństwem najważniejszych osób w państwie, jest unikanie rozgłosu. Działają one cicho i dyskretnie. Nie jest przypadkiem, że bodaj najważniejsza z takich formacji, ta, która ochrania prezydenta Stanów Zjednoczonych, ma w swojej nazwie słowo "Secret". Zaraz... zaraz... Napisaliśmy "wszystkich"? No, prawie wszystkich, bowiem na tym nudnym tle wyróżnia się nasza polska Służba Ochrony Państwa, następczyni BOR-u, zlikwidowanego z powodu rzekomego braku profesjonalizmu i licznych zaniedbań.

Zdjęcie

Ustawka czy nie ustawka? /Jacek Domiński /Reporter
Ustawka czy nie ustawka?
/Jacek Domiński /Reporter

Nie ma tygodnia bez informacji o kolejnej kolizji albo i wypadku z udziałem pojazdu SOP. Niestety, tego rodzaju zdarzenia stały się rutyną i prawdę mówiąc nikt już nie zwraca na nie uwagi. Dziś, aby pokazać się kolegom i przebić się na szkło, trzeba postarać się o oryginalniejszy wyczyn.

 Najwyraźniej miał tego świadomość kierowca limuzyny, wiozącej do Opola ministra spraw wewnętrznych i administracji Joachima Brudzińskiego. Dlatego zamiast wchodzić w jeszcze jedną, banalną stłuczkę, postanowił dać się przyłapać na solidnym przekroczeniu dozwolonej prędkości. Wiedział, że ma szansę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zyskać mołojecką sławę, a jednocześnie przysłużyć się anonimowym funkcjonariuszom drogówki, którzy dzięki niemu wykażą się przed przełożonymi i społeczeństwem pryncypialną postawą.

Reklama

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Szofer ministerialnej beemki co i raz zerkał w lusterko w nadziei, że zobaczy w nim siedzący mu na ogonie podejrzany pojazd. Doczekał się dopiero na drodze między Kluczborkiem a Opolem, czyli niedaleko celu podróży. Został zatrzymany przez nieoznakowany policyjny radiowóz.

Jakież musiało być zdziwienie członków patrolu, gdy zorientowali się, że namierzyli samochód SOP, a jego pasażerem jest sam szef wszystkich szefów.

Dalszy przebieg zdarzeń znamy z twitterowych wpisów Joachima Brudzińskiego. Co ciekawe, pan minister tłumaczył swojego kierowcę, tak jak zwykli tłumaczyć się inni piraci drogowi; że są pechowcami, że mają odrobinę za ciężką nogę...

 W przypadku szofera z SOP-u ta "odrobina" oznaczała przekroczenie dopuszczalnej prędkości w terenie zabudowanym o 48 km/godz. Nawiasem mówiąc, co za precyzja - wszak gdyby noga była jeszcze ciut cięższa, jej właściciel obligatoryjnie utraciłby na trzy miesiące prawo jazdy...

Minister Brudziński spieszył do Opola na uroczystość pn. "Młody bohater". Przy okazji pochwalił jednak również starszego bohatera - komendanta policji w Kluczborku. Pogratulował mu podwładnych, "którzy w sposób profesjonalny i odpowiedzialny dostrzegli zbyt prędko poruszający się samochód". Zasugerował, że zasługują oni na nagrodę - "za to, że robią dobrze swoją robotę".

Co więcej, wyróżnili się nie tylko profesjonalizmem i odpowiedzialnością, ale także ludzkim sercem, ponieważ okazało się, że kierowca ministra, choć zgodnie z taryfikatorem powinien otrzymać mandat w wysokości 300-400 zł i 8 punktów karnych, został jedynie pouczony. Powodem zastosowania tak łagodnego środka wychowawczego było czyste dotychczas konto sprawcy wykroczenia.

O incydencie na opolskiej szosie głośno było we wszystkich mediach, więc cel został osiągnięty i to praktycznie zerowym kosztem. Niestety, od razu odezwali się niedowiarkowie, którzy zamiast podziwiać spryt mającego parcie na szkło funkcjonariusza SOP, zaczęli podejrzewać, że cała sprawa była ustawką zaplanowaną przez ministra Brudzińskiego. Chciał on mianowicie pokazać, że policja pod jego rządami zasadniczo różni się od milicji z PRL. Wtedy żaden mundurowy nie odważył się zatrzymać do kontroli prominenckiego samochodu z numerami rejestracyjnymi, figurującymi w poufnym wykazie.  A jeżeli przez pomyłkę się to zdarzyło, wówczas kierowca podsuwał mu pod nos specjalny dokument, zwalniający z obowiązku przestrzegania przepisów ruchu drogowego i odjeżdżał w siną dal. Teraz jest zupełnie inaczej, gdyż, jak napisał w Internecie szef MSWiA, na policjantów z Kluczborka nie zadziałała ani odznaka SOP, ani przynależność służbowa sfilmowanej wideorejestratorem limuzyny.

Cóż, jeżeli nawet była to ustawka, to nie do końca udana. Jej pomysłodawcom zabrakło bowiem konsekwencji. Dla uwiarygodnienia całej sytuacji trzeba było pozwolić ukarać kierowcę ministerialnej limuzyny mandatem, a potem po cichu zrekompensować mu ten wydatek premią. Punkty karne jakoś by się przedawniły. Joachim Brudziński próbował ratować sytuację ogłaszając, że z własnej kieszeni przekaże 500 zł na fundację "Nadzieja". Piękny gest, tylko dlaczego za wykroczenie popełnione przez kierowcę płaci pasażer?      

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony