W Wielkiej Brytanii kierowcy są najbardziej uprzejmi?

Brytyjka Kate Fox jest antropologiem społecznym. Do jej przemyśleń na temat istoty angielskości, zawartych w książce w Polsce wydanej pod tytułem „Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania”, już kiedyś nawiązywaliśmy. Skupiliśmy się wówczas na wpływie podziałów klasowych, wciąż ponoć żywych w Zjednoczonym Królestwie, na wybór marki i modelu kupowanych przez Brytyjczyków samochodów i ich późniejszej dbałości o te wozy. Ważnymi klasowymi wyróżnikami okazują się na przykład takie szczegóły, jak to, czy właściciel pojazdu pucuje go sam czy oddaje do myjni, a nawet sposób przewożenia marynarki w kabinie auta. Autorka wspomnianego, naprawdę godnego polecenia dzieła, poświęca również nieco uwagi analizie zachowań brytyjskich kierowców na drogach.

Zdjęcie

/Rex Features/Ben Cawthra/Shutterstock /East News
/Rex Features/Ben Cawthra/Shutterstock /East News

Twierdzi (z czym, jej zdaniem, zgadzają się również odwiedzający Wielką Brytanię cudzoziemcy), że Anglicy za kierownicą są zdecydowanie uprzejmiejsi niż zmotoryzowani w innych krajach. Wynika to nie tyle z wewnętrznego przekonania, iż tak właśnie należy postępować, co z ogólnego wychowania i z wpajanego od pokoleń przekonania, że w każdej sytuacji życiowej należy przestrzegać zasady fair play. Dlatego, jak pisze Kate Fox, na Wyspach Brytyjskich znacznie łatwiej niż we Francji, Grecji czy w Stanach Zjednoczonych wyjechać na drogę główną z podporządkowanej czy zmienić pas ruchu. Nie ma tam zwyczaju jeżdżenia zderzak w zderzak, czyli "siedzenia na ogonie". Za gruby nietakt uznaje się nadużywanie sygnałów dźwiękowych. Kierowca stojącego przed tobą samochodu nie zauważył, że na sygnalizatorze zapaliło się zielone światło? Trudno, cierpliwie czekasz. Naciskasz na klakson dopiero w ostateczności. I to jedynie na krótkie, jakby przepraszające "piii...".

Sytuacja, gdy ktoś próbuje wyprzedzić inne auto, korzystając z tego, że między pojazdami wytworzyła się  luka, jest równoznaczna z równie nagannym wpychaniem się do kolejki w sklepie czy na przystanku autobusowym i wywołuje święte oburzenie. Oczywiście wyrażane w nader stonowany sposób...

Reklama

"Mój dom jest moim zamkiem" - powiadają Anglicy. Samochód stanowi jego przedłużenie. Dlatego, wypomina rodakom Kate Fox, kierowcy i pasażerowie "wydają się uważać, że są niewidzialni." Drapią się w intymne miejsca, dłubią w nosie, śpiewają, obściskują, całują, kłócą. "Wszystko to robiliby tylko w zaciszu własnych domów, a tu folgują sobie na oczach dziesiątek innych kierowców i pieszych, nierzadko znajdujących się tylko kilka stóp dalej". Ejże, czy pod tymi względami nie jesteśmy podobni do Anglików?

Jednak generalnie jest dobrze. Wspomnieliśmy o pieszych. Otóż wszyscy kierowcy (mowa jest wciąż o Anglii) zatrzymują się "nawet gdy piesi stoją na chodniku i nie postawili jeszcze stopy na jezdni". Kate Fox pisze, że spotkała pewnego turystę, "dla którego było to tak zdumiewające, że powtarzał ten eksperyment bez końca, zachwycony faktem, że potrafi sam doprowadzić do tego, że sznury aut zatrzymują się z szacunkiem, bez pomocy czerwonych świateł czy znaków stop."

Można się zastanawiać, na ile opisywane zachowania są przejawem charakteru Anglików, a w jakim stopniu wynikają z długiej tradycji motoryzacji w tym kraju. W końcu to tutaj już w 1865 r., czyli niedługo po upadku Powstania Styczniowego na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim, weszło w życie pierwsze prawo regulujące ruch automobili na drogach. Wprowadzono wtedy słynny przepis, że każdy pojazd mechaniczny, nie poruszany siłą mięśni zwierząt, musi być poprzedzany przez piechura, niosącego czerwoną flagę. Ze względów bezpieczeństwa, ale też z konieczności dostosowania maksymalnej szybkości wehikułu do pieszej forpoczty, ustanowiono limit prędkości: 2 mile na godzinę w miastach i 4 poza nimi. Każdy pojazd musiał być wyposażony w dwie lampy, świecące od drugiej godziny po zachodzie Słońca do pierwszej przed wschodem.

Przepisy te obowiązywały przez 30 lat. Gdy zostały wreszcie zniesione, 14 listopada 1896 r. dziesiątki automobilistów spotkało się na drodze z Londynu do Brighton, by demonstracyjnie podrzeć i wyrzucić osławione czerwone flagi. Od tego czas gest ten jest powtarzany na licznych brytyjskich rajdach weteranów.  

Adam Rymont

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

poboczem.pl

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony