Złudne poczucie bezpieczeństwa...

Po tragicznej w skutkach sierpniowej burzy pojawiły się opinie, że należy wymienić służące turystom na Giewoncie metalowe łańcuchy - na wykonane z innego, nie przewodzącego prądu materiału. Takiemu pomysłowi sprzeciwiła się jednak dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego. "Nie planujemy wymiany zabezpieczeń na inny typ. Wspólnie z TOPR-em stoimy na stanowisku, że takie eksperymenty dałyby ludziom błędne poczucie, że na Giewoncie jest już bezpiecznie, bo nie ma tam metalowych łańcuchów, a to nie łańcuchy są tutaj problemem. Problemem jest ignorowanie różnych zagrożeń panujących w Tatrach - stwierdziła w rozmowie z dziennikarzem PAP Ewa Holek-Krzysztof z TPN. Taka modernizacja dałaby "ludziom błędne poczucie, że na Giewoncie jest już bezpiecznie"... Czy z podobną sytuacją nie mamy również do czynienia również na drogach?

Zdjęcie

Bez przejść  dla pieszych byłoby bezpieczniej? /Wojciech Stróżyk /Reporter
Bez przejść dla pieszych byłoby bezpieczniej?
/Wojciech Stróżyk /Reporter

Ogromna liczba różnego rodzaju, najczęściej mocno zdezelowanych pojazdów. Zmiana pasów ruchu (zresztą istniejących tylko teoretycznie, bo nie wyznaczonych jakimikolwiek liniami) bez sygnalizacji. Powszechne lekceważenie czerwonego światła. Nadużywanie klaksonów... Turyści, obserwujący ulice Kairu, Stambułu, Bangkoku i innych wielkich miast Azji czy Afryki są zdumieni, że pomimo panującego tam chaosu i wolnoamerykanki jakoś to wszystko funkcjonuje i nie dochodzi do takiej liczby kolizji i wypadków, jakiej można byłoby się po wspomnianych miejscach i zwyczajach spodziewać. 

Ważną rolę odgrywa tu oczywiście przyzwyczajenie i wprawa lokalnych kierowców, ale także świadomość istniejących zagrożeń. Każdy uczestnik tamtejszego szaleńczego ruchu drogowego doskonale wie, że aby przeżyć, musi mieć cały czas oczy dookoła głowy. W Europie, a przynajmniej w znacznej jej części, jest inaczej. Jeździmy samochodami regularnie poddawanymi badaniom technicznym; modelami przechodzącymi testy zderzeniowe; autami ze strefami kontrolowanego zgniotu, pasami bezpieczeństwa, poduszkami powietrznymi, systemami podnoszącymi skuteczność hamowania, chroniącymi przed niekontrolowanym poślizgiem, najechaniem na poprzedzający pojazd, przypominającymi o konieczności odpoczynku, monitorującymi martwe pole widzenia itp.

Reklama

Owe rozliczne udogodnienia są niewątpliwie dodawane do samochodów w dobrej wierze, ale sprawiają, że wielu kierowców czuje się nadmiernie zrelaksowanych i zapomina o prawach fizyki. Nieprzypadkowo do wypadków najczęściej dochodzi przy doskonałej pogodzie, na prostych odcinkach dróg o nienagannej nawierzchni. Komfort i asysta elektronicznych "aniołów stróżów" osłabiają czujność.  

Pieszym poczucie błogie bezpieczeństwa dają specjalnie dla nich przeznaczone przejścia (jak pokazują policyjne statystyki, bezpieczeństwa częstokroć tragicznie złudnego; przynajmniej w przypadku przejść wytyczonych na powierzchni; te naprawdę nie kolidujące z ruchem pojazdów, podziemne i nadziemne, nie podobają się miejskim aktywistom, jako niewygodne i z tego powodu rzekomo dyskryminujące użytkowników). Zastanówmy się bowiem, co robi ktoś, kto z jakiegoś powodu postanowi przekroczyć ruchliwą jezdnię poza pasami? Jeżeli ma odrobinę oleju w głowie, postara się zachować maksymalną koncentrację. Zanim uczyni pierwszy krok, dobrze się rozejrzy i oceni swoje szanse. Pasy, zielone światło, progi zwalniające i inne szykany dla pojazdów, zabijają w pieszym instynkt samozachowawczy. Podobnie jak każdy nowy przywilej, którym chcą go obdarzyć prawodawcy.

Bardzo byłbym ciekaw, jakie rezultaty przyniosłoby pilotażowe zlikwidowanie w jakimś wybranym polskim mieście wszystkich "zebr" z jednoczesnym zniesieniem pojęcia "nagłego wtargnięcia na jezdnię". Pieszych zmusiłoby to do zachowania większej ostrożności. Tak samo jak kierowców, którzy wiedzieliby, że w każdym miejscu i w każdej chwili mogą spodziewać się człowieka na jezdni i zawsze będą odpowiadać za jego potrącenie.

Jestem przekonany, że przyczyniłoby się to do poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, choć doskonale też zdaję sobie sprawę, że nikt się na podobny eksperyment nie odważy. A szkoda.    

Autorem tekstu jest czytelnik o pseudonimie CLACKSON. Jeżeli chcesz przeczytać więcej jego tekstów, kliknij w poniższy avatar.

Także i ty możesz podzielić się tutaj swoimi przemyśleniami.  Szczegóły TUTAJ.   

 

    

Artykuł pochodzi z kategorii: Naszym zdaniem

Reklama

Reklama

przejdź do nawigacji
przejdź na początek strony